poniedziałek, 30 lipca 2012

Impact Fest


Na mnie, jako mieszkańcu przeciętnie dużego miasta, Warszawa zawsze robi wrażenie. Poczucie, że coś wisi w powietrzu. I wcale nie chodzi o koncert Madonny ani upał. O tym, że wieczór ma być specjalny od razu informuje nas wszechobecna solidarność koszulkowa. Wszyscy idą na Red Hot Chili Peppers.

Impact Festival na początku wydawał mi się tworem, który tak trochę dziwnie pachnie. Ot, pewnego dnia gruchnął nius, że w Polsce gra RHCP. Dopiero jak kurz nieco opadł można było dostrzec informację, że pomimo iż wszystko wskazuje na zwyczajny koncert na czele z lokalizacją i ceną biletu (w tym podziałem na płytę i Golden Circle) to Amerykanie będą gwiazdą jakiejś szerszej imprezy. Byłem jednak bardzo sceptycznie nastawiony – festiwal 'no-name' i jedna tak wielka firma przy braku informacji o pozostałych wykonawcach sprawiły, że koncert już zaliczyłem do kategorii 'odpuszczam sobie'. No i wszystko byłoby okej gdyby nie pewno południe gdy to Live Nation podała do wiadomości, że kolejnym wykonawcą występującym na Impactcie będzie zespół Kasabian. Mój ulubiony istniejący zespół. Zespół, na którego występie w Polsce muszę być. Prawdę mówiąc długo nie wiedziałem co ze sobą zrobić, ale sporo czasu później udało mi się wszystko ze sobą pogodzić i bilet na Impact był w moim posiadaniu. 209 zł za jeden dzień i tak naprawdę jedynie trzech interesujących wykonawców (trzecim są The Vaccines) i miejsce na płycie z dala od sceny to dość sporo. Zwłaszcza, że za tyle samo miałbym karnet na Coke Live Music Festival, którego tegoroczny line-up jest tak słaby, że na szczęście nie muszę na niego jechać.
Pozostało mi tylko już włączyć Switchblade Smiles i wraz z Sergem zadać pytanie 'CAN YOU FEEL IT COMING?'

Przejdźmy do rzeczy – słówko o organizacji. W tym momencie dysponuję już takim doświadczeniem, że jak coś mi się nie podoba to mogę powiedzieć, że na innym festiwalu zrobili to lepiej. Cóż.. bogata strefa gastronomiczna, można się trochę przejść po namiotach, sporo także punktów do siedzenia i sączenia Carslberga lub Coca-Coli.. a, stop. Piwo. Nie dość, że trzeba było za nie dać 7 zł (czyli aż o złotówkę więcej niż u Alter Artu) to w dodatku nie można go było kupić tak od ręki jak kebaba czy Nestea – trzeba było postać w strasznie długiej kolejce do budki gdzie uiszczało się należność za odpowiednią liczbę sztuk napoju, a później z paragonem dopiero można było iść po upragnionego browara. Odrobinę irytujące, zwłaszcza, że za wszystko inne płaciło się po prostu pieniędzmi i to w miejscu rzeczywistego zakupu. Były dwie sceny – duża i mała. Mniejsza pozbawiona większych ograniczeń, większa podzielona na sektory i otoczona trybunami. Obydwie bardzo blisko siebie. Niemożliwe było więc przeprowadzanie koncertów jednocześnie, co jest akurat sporym plusem, bo można było posłuchać wszystkiego. Do czego się mogę przyczepić? Strefa znana jako GC była trochę zbyt duża, na widoku z płyty było sporo przeszkód, a jak ktoś kupił miejsce na trybunach to był już zupełnie przegrany. No i średnio z nagłośnieniem było chyba, nie mi to oceniać, ale czasem wokal trochę ginął w innych dźwiękach. A, jeszcze beznadziejny merchandise. Co prawda sporu wybór pamiętek dla fanów RHCP, ale zwykła koszulka z okładką Velociraptor! i trasą koncertową na plecach za 100 zł to trochę zdzierstwo.
Z tych takich ogólnych dygresji chciał wspomnieć o jeszcze jednej sprawie. Kiedy organizuje się festiwal opierając jego powodzenie na jednym zespole to trzeba się liczyć z tym, że publikę w 95% będą stanowić właśnie fani tego jednego wykonawcy. Będą się na niego nastawiać, a to oznacza mocne ograniczenie horyzontów. Ograniczony widz to niewygodny widz. Fan RHCP nie przyjedzie na taki festiwal poznać innych wykonawców tylko czeka na Under the Bridge na żywo. Dlatego line-up musi być przystępny także dla ludzi zamkniętych na nowe odkrycia. Prosty w odbiorze, może mało ambitny, ale wpadający w ucho. Tutaj było zbyt różnorodnie moim zdaniem, bardzo często nietrafiony target.

Skoro znalazłem się już na terenie festiwalu to wypadałoby iść na jakiś koncert. Trafiłem więc na Power of Trinity. Całkiem fajny polski zespół - trochę rozruszał publikę, bo rozgrzewać już nie musiał.. było za gorąco. Muzyka naprawdę O.K. - trochę punkowo, trochę reagge, wszystko jednak w naprawdę przyjemnym wymiarze. Raczej godni polecenia.

Dalej był Marlon Roudette, ale szkoda mi było marnować miejsca w cieniu pod parasolem Coca-Coli.. no ale Big City Life na żywo słyszałem.. :D

I Blame Coco. Nie mam nic do Coco, ale trochę niepotrzebnie ta cała fama, że to córka Stinga. Zdecydowanie wolałbym koncert tatusia, choć nie wiem czy zgodziłby się grać o jakiejś 17:00. Ogólnie zaczęło się całkiem przyjemnie, głos wokalistki zdecydowanie na plus. Słychać, że zespół jest taki trochę radiowy - przy każdej piosence miałem odczucie, że gdzieś to słyszałem. No i prawdopodobnie najgorszy cover Another Brick in the Wall jaki słyszałem na żywo.

Public Image Ltd. zdarzyło mi się kiedyś posłuchać, w dodatku jestem wielkim fanem Sex Pistols, więc nawet miałem nadzieję, że koncert mi się spodoba, ale z drugiej strony byłem przygotowany na klęskę. Niestety spotkało mnie to drugie. Na żywo są zbyt ciężcy do przełknięcia i myślę, że znakomita większość osób na tym festiwalu jest tego zdania. A raczej jestem w mniejszości wygłaszającej tak łagodne opinie. Ludzie po prostu zatykali uszy. To jest to o czym wcześniej pisałem - kompletnie nie ten odbiorca, nie ten festiwal. Dla mnie to też nie był dzień na taką muzykę. Pomimo, że zaczęli od znanego i lubianego przeze mnie This Is Not A Love Song to w chwilę później zacząłem mieć dość. Rzeczywiście było za głośno. Nie wiem czy należy uznać, że Johnny RRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRotten-AH! był w formie, ale niestety jego wokal miał świetne właściwości odstraszające. Nic dziwnego, że był wkurzony i stwierdził, że jesteśmy wszyscy 'fuckin' weak'. Koncert dał nam świetną zabawę - wyobrażanie sobie wokalisty w aranżacjach np. RRRRRRRRRRRadiohead. Bardzo bardzo bardzo chciałbym to usłyszeć.

Dalej na szczęście byli The Vaccines. Zasłużyli na dużą scenę i granie w lepszym momencie niż tuż przed Kasabian. No i dużo więcej czasu, mimo, że na koncie nadal mają tylko jedną płytę. Pierwszy występ festiwalu, który naprawdę sprawił radochę. Od tego właśnie jest ten zespół! Uśmiech na twarzy, trochę skakania i śpiewania - idealnie spełnili swoją robotę, strasznie żal mi było wychodzić wcześniej, by zająć miejsce przed najważniejszym koncertem. We wrześniu nowy album - polecam już teraz, no i czekam na kolejny występ, bo naprawdę super się zaprezentowali.

Chyba już pora na najważniejsze. Coś na co czekałem przez ostatnie lata mojego krótkiego młodzieńczego życia. Kiedy w 2010 grali na Open'erze, a ja tylko oglądałem ich występ na YouTube powiedziałem sobie, że następnego ich koncertu w Polsce nie przegapię. A przecież są jednym z najciekawszych bandów ostatnich lat, podobno miażdżą na żywo i ich koncerty przechodzą do historii - mowa o Kasabian.

Moja fascynacja tym zespołem trwa już dobre kilka lat. Poznałem ich dzięki uprzejmości mojej misjonarki muzycznej, której zawdzięczam to, że mój podstawówkowy gust wyprzedzał mój rozwój o parę lat. Fajnie, że po tylu latach to przy okazji tego koncertu udało się spotkać i nawet nie okazałaś się pedofilem ani mordercą ani ogrem i wiem, że czytasz bloga dla beki, droga P.!

Nasze super miejsca były jakiś kilometr od sceny, a w dodatku telebimy były zdecydowanie za nisko. Nie przeszkadzało mi to. Nawet jeśli jako jedyny na płycie znałem teksty i miałem ochotę bawić się lepiej niż godzinę na RHCP  to zdecydowanie nie obchodziło mnie to. Byłem tu, a oni byli tam. I właśnie zaczynali od Days Are Forgotten. Zacząłem się minimalnie jarać.
Następne było jedno z wymarzonych czyli Shoot the Runner. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułem się maksymalnie szczęśliwy, choć średnio to do mnie dochodziło. Całą noc mógłbym krzyczeć 'shoot shoo the runner, i'm the king, she's my queen, BITCH!'.
W tym momencie zagrali chyba jedyną piosenkę, która nadawałaby się w miejsce zaraz jedynej piosence z płyty Empire na setliście. Velociraptor! od pierwszego odsłuchu wydawał mi się wielkim hitem koncertowym i tak też jest w rzeczywistości. No i Serge śpiewający po dinozaurowemu...
Jakby tego mało to piosenką uzupełniającą niesamowicie mocny początek koncertu było Underdog. Naprawdę wiem po co te piosenki zostały stworzone - dokładnie po to, by tworzyć tak fenomenalne momenty jak ten.
Mogłoby się wydawać, że trochę za wysoko postawiona poprzeczka jak na początek występu, ale to przecież Kasabian. I tak też apetyt rósł w miarę jedzenia. Where Did All The Love Go? okazało się istną perełką i brzmienie tej piosenki na żywo to inna liga w porównaniu z wersją studyjną. Później była trąbka i Let's Roll Just Like We Used To. Dużo bardziej ucieszyła mnie kolejna pozycja z setlisty - wielki smaczek dla fanów, stała pozycja koncertowa i relikt 'starego' Kasabian - I.D. Niesamowity klimat wprowadza ta piosenka, aż mi się łezka w oku zakręciła gdy usłyszałem te charakterystyczne telefoniczne dźwięki otwierające kawałek.
Pora na chwilę dla Serge'a - Take Aim zagrane i zaśpiewane z wielkim zacięciem. Sergiowi też podobał się Johnny Rotten.. :D Zaskakująco energetycznie było, świetną robotę zrobił ten kawałek, który na pierwszy rzut oka wydaje się najsłabszy na setliście.
Zaraz potem coś zdecydowanie mocarnego. Coś co miało być mocne i takie było. Istna wizytówka od Toma Meighana i Serge'a Pizzorno i punkt kulminacyjny koncertu. Niezastąpione Club Foot. Na pewno jeden z ważniejszych powodów, z których moje samopoczucie po występie było mieszanką euforii i agonii.
Kolejne mocne uderzenie przyniosło Re-Wired świetnie wpisujące się w tę setlistę. Za jej zwieńczenie można uznać piosenkę L.S.F. i wszystko co działo się dalej. Genialna piosenka wykonana przez genialny zespół. Jej melodię możnaby śpiewać w nieskończoność. Cały koncert mógłby się w ogóle nie kończyć, ale już podczas następnego Switchblade Smiles zacząłem odczuwać zmęczenie. Ciężko jest się drzeć, skakać, klaskać i machać jednocześnie i to przez godzinę. Zwłaszcza na antybiotyku. Ale co z tego? Właśnie zaczął się Vlad the Impaler, a Serge powiedział, że 'Poland, I want you to fuckin' jump'. W związku z tym zrobił się niezapomniany kocioł, a cały tłum rzeczywiście skakał. To się chyba musiało podobać z perspektywy sceny.
Wisieńką na torcie i idealnym zakończeniem było Fire. Po tej piosence już naprawdę mogłem umierać. I w sumie niewiele mi do tego brakło. Jednym z powodów było szczęście. Marzenie się spełniło. Byłem na koncercie Kasabian. I to jakim koncercie! To było doświadczenie, które można nazwać prawdziwym 'lifetime event'. Nadal mam ochotę śpiewać ich piosenki zupełnie jak w piątek wieczorem. Dopadła mnie też już post-festiwalowa depresja. Już zaczynam planować następny koncert Kasabian. Do tej pory byłem ich ogromnym fanem, ale teraz wydaje mi się, że ta relacja weszła na jeszcze wyższy poziom.
Jasne, setlista mogłaby być bogatsza. Nie było przecież legendarnego Empire, nie było Fast Fuse granego razem z fragmentem Misirlou z filmu Pulp Fiction. Nie było także kilku kawałków z ostatniego albumu granych na innych koncertach podczas tej trasy jak np. La Fee Verte, Man of Simple Pleasures czy Goodbye Kiss. Sam chciałbym trochę więcej z pierwszych płyt - Reason is Treason, Cutt Off, The Doberman, Stuntman.. Nie można mieć wszystkiego, a w razie czego pozostają live DVD i inne koncertówki.



Oczywiście głównym headlinerem tego festiwalu byli Red Hot Chili Peppers. Nie miałem jednak na nich siły ani ochoty. Najgorszą możliwą rzeczą, którą mógłby mi ktoś wtedy zaproponować to miejsce w Golden Circle. Kaszlałem jak gruźlik leżąc na trawie w jakiejś ekstazie. Sam koncert obserwowałem z bardzo daleka i spędziłem go tak, że śpiewaliśmy wszystkie piosenki. Problem w tym, że praktycznie żadna nie była piosenką RHCP. Może dlatego tak dobrze się bawiłem i na tym koncercie? Prawdopodobnie.
Co do wymiaru muzycznego - moja relacja pod tym kątem znajdzie się na NewAnthem, na dniach podrzucę linka.
oto i on: http://newanthem.pl/impact-fest-2012/

Impact Festival to przeszłość. Nie za bardzo wiem co napisać - mam tylko nadzieję, że dla choćby części publiczności było to tak udane doświadczenie jak dla mnie. Nieważne czy to ze względu na Kasabian, RHCP, The Vaccines czy choćby Public Image Ltd. Życzę sobie tylko jak najszybciej przeżyć podobną sprawę.

środa, 18 lipca 2012

GTP 2012








Cały czas było tu raczej muzycznie. Nie przeszkadza mi to, mam nadzieję, że nikt inny nie ma nic przeciwko. Myślę, że jak w końcu będzie o czymś innym to też nie będzie protestów. Dzisiaj moja miłość, nieprzerwanie ciągnąca się od dzieciństwa - motoryzacja. Ponoć już z poziomu wózka potrafiłem nazwać wszystkie samochody w okolicy. W podstawówce połowę szafek w moim pokoju zajmowały numery gazety Auto Świat, a od paru lat udzielam się w tej materii nieco bardziej fotograficznie.


Tegoroczne GTP było moim.. hm.. trzecim? czwartym? Na pewno drugim na torze. O co w ogóle chodzi z tym GTP? To co musicie wiedzieć - Gran Turismo Polonia odbywa się w Poznaniu od dobrych kilku lat. Ogólnie polega to na tym, że przyjeżdża do nas grupka Skandynawów w swoich Ferrari, Lambo i Porsche, by pojeździć parę dni na Torze Poznań. W rzeczywistości to robi się bardziej z tego impreza lifestyle'owa. Ostatnimi laty formuła wygląda następująco - w niedzielę przyjazd do Polski, pokaz na ulicach miasta dla publiczności, dalej kilka dni nauki na torze - szlifowanie umiejętności, no i przede wszystkim używanie szybkich samochodów do tego do czego zostały stworzone. Co noc odrobina międzynarodowego pijaństwa i powrót do Szwecji. Impreza zdecydowanie bardziej dla kierowców niż widzów, no ale tak się składa, że jakoś co rok przyciąga wielu łowców egzotycznych aut.


W Polsce ciężko o event z lepszymi samochodami. W dodatku są one na wyciągnięcie ręki, bo o ile żeby wejść na tor czy do parku maszyn na pokazie potrzebne są akredytacje, to na parking przed hotel może przyjść każdy. W ciągu kilku edycji przez Poznań przewinęło się sporo ciekawych okazów - Ferrari Enzo, większość modeli Lamborghini z ostatnich lat, Porsche Carrera GT, Ascari KZ1, Ford GT40... w tym roku specjalnością był Koenigsegg CCX. Wydaje mi się, że należałem do dość elitarnego klubu, bo chyba niewiele osób na początku lipca widziało swój nie pierwszy, a drugi egzemplarz tego modelu - parę lat temu na wakacjach pod Carltonem w Cannes stał czerwony, w towarzystwie między innymi Veyrona i LP670-SV.

                             

Co ogólnie mogę powiedzieć o tegorocznym GTP? Mam jakiś niedosyt. Może to dlatego, że byłem tylko 2 dni, niedzielę i poniedziałek (we wtorek już byłem w drodze na Open'era, o czym już czytaliście). Może to przez to, że moja fotografia motoryzacyjna przyjęła wymiar mocno epizodyczny. Z drugiej strony nie tylko ja jestem podobnej opinii. Moim zdaniem impreza trochę przerosła sama siebie. Oczywiście, ma być to event dla kierowców, nie dla fotografów czy kibiców, ale trochę brakuje tej kameralności. Co prawda na temat atmosfery to nie powinienem mieć nic do gadania, a moi towarzysze postarali się o miły wieczór na Starym Rynku, ale na pewno nie narzekałbym gdyby organizacja była inna. Pokaz odbywał się w lepszym miejscu niż w latach ubiegłych, ale odrobinę za długa wizyta na kebabie i Fortunie sprawiła, że musieliśmy przejść cały zamknięty teren dookoła i poczekać jeszcze pół godziny na otwarcie bram, by odebrać akredytację. To akurat nasz błąd, ale i w samym pokazie wiele brakowało. Zapowiadany Koenigsegg mocno oszczędzany, mało szaleństw (pewnie przez brak pewnego czarnego GT-R'a). Wąskie nawroty i pani w kamizelce na środku drogi hamująca wszystkich uczestników - to przydałoby się zmienić.


Co do toru... rok temu spędziłem tam 2 dni, przeszedłem wtedy dobre parę kilometrów, zgubiłem okulary, ale zrobiłem pełno zdjęć i mam mnóstwo dobrych wspomnień. W tym roku poza dobrą atmosferą w biurze prasowym nie było aż tak dobrze - jeśli chciałeś iść robić zdjęcia na zakręcie to nie mogłeś iść na spacer. Czekała Cię przejażdżka Fordem Transitem w odpowiednie miejsce i czas pod okiem jednego z panów 'Official' kiedy to można było sobie pofotografować. Może ostatecznie nie było to dla mnie jakimś wielkim uniedogodnieniem, ale koniec końców obraz całości się popsuł. W dodatku w poniedziałek na torze CCX'a nie było, podobnie jak Aventadora, którego właściciel chyba leczył kaca, 599 GTO zrobiło ze 2 okrążenia, a cała reszta nie robiła wielkiego wrażenia.

Jak już wiecie rok temu bawiłem się lepiej, ale to nie oznacza, że GTP 2012 było złe. Niesamowite jest zobaczyć Koenigsegga w Polsce. Wreszcie miałem okazję się mu dokładnie przyjrzeć, posłuchać dźwięku, zobaczyć jak otwierają się drzwi.. auto jest pod każdym kątem fenomenalne i robi ogromne wrażenie.

Aventador pomimo fatalnego koloru także pokazał, że Lamborghini robi bardzo emocjonujące samochody. Świetne odgłosy i najbardziej zadziorna stylistyka w okolicy. Zdecydowanie jestem na tak.

W line-upie samochodowym trochę brakowało klasyki, jedyną rekompensatą była obecność Audi ur-quattro. Ale jaką! Fantastyczne, bezkompromisowe, brutalne auto. Chyba mój ulubieniec tegoroczny. Przez plastikowe szybki widać było nagie mechanizmy. Prawdziwe monstrum.

                                                                                                                                                             

                 





Nagrodę dla najładniejszego auta przyznałbym chyba Maserati GranTurismo MC Stradale. Niby nic powalającego egzotycznością, auto dobrze znane, ale jednak ma coś w sobie, że nie mogę oderwać od niego oczu. Jest po prostu piękne. Idealny włoski design. No i piękna barwa dźwięku.
Jeszcze o jednym aucie chętnie wspomnę - Lotus Esprit. Osobiście przypadł mi do gustu i ma sporo zdjęć.

A właśnie, zdjęcia. Napisałem trochę bełkotu o imprezie, nie wiem czy chce Wam się to czytać, ale przynajmniej nie jest tak łyso. Zdjęć wszystkich chyba tutaj nie właduję, więc jakby ktoś miał ochotę to tutaj można obejrzeć wszystko w całości: http://jamesmay666.picturepush.com/album/218990/p-GTP-2012.html


P.S. wybaczcie różne rozmiary i dziwne umiejscowienia zdjęć - nie umiem ich poustawiać. Niby interfejs prosty, daje pole do popisu, ale i tak zdjęcia nie wchodzą tam gdzie chcę, a i literki są nieposłuszne. Nie będę zresztą Wam tu 100 zdjęć wstawiał - polecam wszystkim link podany wyżej.




P.S.2
komentarz do systemu wstawiania zdjęć i formatowania tekstu jak z Filip z konopii:


wtorek, 10 lipca 2012

Open'er 2012

Lipcowe marzenie nareszcie spełnione - wstąpiłem do grona openerowej społeczności przeżywając 4 dni pełne przede wszystkim dobrej muzyki.


DAY 0
Podróż, zakwaterowanie na polu namiotowym i straszne zimno - tak się zaczęło. Nie wpadłem na to, że 300 kilometrów w kierunku Bałtyku sprawi, że zamiast 35 będzie tylko 15 stopni. Niemrawe przyzwyczajanie się do Heinekena rozkręciło się wieczorem - w końcu miałem do czynienie z prawdziwą integracją. Naprawdę poznałem wspaniałych ludzi i okazało się, że po sąsiedzku mieszka dwóch świetnych gości z Irlandii. Zamiast oszczędzać siły na koncerty pół nocy zeszło na słuchanie irlandzkiego akcentu i egzystencjonalne rozkminy. Open'er już mi się podobał.


DAY 1


Po wielu rozmyślaniach doszedłem do wniosku, że na papierze to dla mnie najlepszy dzień. Od 18:00 do samego końca interesowało mnie wszystko na Main Stage. I tak punktualnie festiwal rozpocząłem koncertem Fisz Emade Tworzywo. Jak ktoś mnie zna to się zdziwi, jak nie to może też - nie wyglądam na gościa, który lubi polski rap. W sumie tak rzeczywiście jest.. poza jednym wyjątkiem. Właśnie tym, który był prawdziwym openerem Open'era. Występ może nie okazał się jakimś niezapomnianym wydarzeniem, ale  przecież nikt tego nie wymagał. Było naprawdę bardzo pozytywnie. Wielki szacunek dla Fisza należy się za to co robi, moim zdaniem to niedoceniany artysta i zmienił moje osobiste podejście do tego gatunku muzyki.
Dwie godziny później pierwsza prawdziwa gwiazda, pierwszy zespół na który wiele osób czeka - The Kills. Tutaj też jakoś nie robiłem sobie nadziei na niesamowite widowisko - w końcu to dopiero pierwszy dzień, ledwie drugi koncert, a oni przyjeżdżają po raz pierwszy, pewnie nie wszystkim przypadną do gustu.. no i się pomyliłem. Polska publika zafundowała grupie wspaniałe przyjęcie, a oni się nam odwdzięczyli genialnym występem. Zdecydowanie faworyt do najlepszych show tego Open'era, wracając na chwilę do namiotu nie mogłem utrzymać normalnego kroku tylko ciągle byłem porywany do skakania przez wciąż kręcące się w głowie Fuck the People lub kołysania się jak przy Black Balloon. No i przede wszystkim Allison.. jaka ona jest cudowna! Zdecydowanie najlepsze wrażenia wizualne.
Zaraz potem miał być następny występ, przy którym ważny był także widok. Ale tym razem niekoniecznie chodziło o urodę artystki co o wizualizacje. Koncert Björk to już serio miało być wydarzenie. No i było. Jak cholera. Islandczycy naprawdę mają w sobie to coś, co zapiera dech w piersiach. Ona ma przede wszystkim głos, którego nie odda żadne studyjne nagranie, a w akompaniamencie chóru robi piorunujące wrażenie. A propos piorunów - też były. Tak samo jak petardy, iskry, ogień i ryjące mózg wizualizacje. Całość po prostu odbiera mowę. Naprawdę nie wiem kim trzeba być, by ten koncert przeżyć bez poruszenia. Przez te półtorej godziny każdy przy Main Stage miał swój własny osobny świat, w którym kontemplował prawdziwą muzykę. Ja odleciałem przy All Is Full Of Love, choć to chyba Crystalline zostawiło mnie z opadniętą szczęką, zwłaszcza po drum & bass'owym outro.

No i na sam koniec jeszcze inny klimat. To właśnie chyba jest w tym festiwalu najlepsze - różnorodność. I to nie chodzi o to, że jest siedem scen, że na każdej co innego, że na każdej ktoś coś dla siebie znajdzie.. przecież spójrzmy na samą scenę główną. Mieliśmy polski rap, zaraz potem ostre rockowe granie, później skandynawską alternatywę, a na koniec legendę lat osiemdziesiątych - New Order. Skoro już pisałem tyle o swoich oczekiwaniach to tu też wypada zaznaczyć, że to chyba na nich najbardziej czekałem. Sama świadomość, że usłyszę na żywo Love Will Tear Us Apart spędzała mi sen z powiek. Specjalna koszulka, drugi rząd od barierek przy scenie i wspaniałe Crystal od początku. Muszę jednak przyznać, że mimo faktu, iż ich muzyka ani trochę się nie postarzała, to jednak sam skład już ma swoje na karku i wokal trochę trąci myszką. Nie zmienia to faktu, że przeżycia mam naprawdę znakomite - co prawda Isolation czy nawet Transmission w wykonaniu Bernarda Sumnera to nie to samo co Ian Curtis z Joy Division, ale nie mam prawa narzekać - a Blue Monday czy wspomniane Love Will Tear Us Apart napełniło mnie szczęściem po same brzegi.

DAY 2

Drugi dzień kręcił się tak naprawdę wokół jednego. Justice. Było na ustach wszystkich i to nie tylko w czwartek, ale i wcześniej, a jak się okazało także dużo później. Wielkie nadzieje i wielkie oczekiwanie, ale na ten koncert przyjdzie jeszcze pora.
Akurat tego dnia line-up nie zachwycał, dlatego z braku innych ciekawych opcji odwiedziliśmy Dry The River na Tent Stage, co się okazało wyjątkowo udaną opcją. Fajny, mile koncertujący zespół. Przyjemnie jest też patrzeć, gdy grupa na scenie cieszy się z gorącego przyjęcia przez publiczność, a dokładnie z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia. Jeśli wierzyć basiście to był to ich ulubionych występ w karierze.. w każdym razie - są godni polecenia.
W międzyczasie na głównej scenie odbywał się ciekawy eksperyment - muzyka klasyczna na Open'erze za pośrednictwem penderecki /// greenwood. Trudno oceniać tylko po kilku minutach słuchania, ale niespecjalnie do mnie to trafia. Występ co prawda przyciągnął swoją publiczność i ogólnie uznaję to za naprawdę ciekawe posunięcie, ale wydaje mi się, że znakomita większość openerowskiej społeczności wolałaby w tym momencie iść na koncert jakiejś bardziej przystępnej gwiazdy.
Na szczęście na 22:00 planowany był Bon Iver. Nasi znajomi z Irlandii przyjechali do Gdyni głównie dla niego. Sam niezbyt przepadam za jego studyjnymi nagraniami (z wyjątkiem Skinny Love), ale jego koncerty zawsze przedstawiane były jako urzekające i niezapomniane. Nie jestem do końca pewien czy tak było - nadal nie jestem przekonany do stylu tego muzyka, choć przyznaję - podczas jego występu kilkakrotnie miałem to wewnętrzne poczucie, że jest on w stanie wywołać naprawdę głębokie emocje. Mam na myśli zwłaszcza końcówkę w postaci For Emma czy też odśpiewanego przez tłum Skinny Love.
W powietrzu jednak czuć było, że nadchodzi coś naprawdę grubego. Przed główną scenę na dobre pół godziny przed rozpoczęciem kolejnego koncertu było sporo przepychanek, a ludzie falowali od jednej strony na drugą. Każdy chciał być jak najbliżej, wszyscy zdawali sobie sprawę, że za kilka minut może zacząć się niewiarygodne show. Po odśpiewanym Gdzie jest krzyż? w końcu pojawiło się Justice. Duet, którego fenomenu jeszcze parę dni temu nie byłbym w stanie wyjaśnić. Ich występ jednak zmienił moje postrzeganie definicji słowa 'impreza'. Mówię szczerze - były momenty, że bałem się o swoje życie. Kocioł pod sceną był niesamowity i wyjścia z niego po prostu nie było. Jedna wielka masa ludzi ruszająca się we wszystkich płaszczyznach. Doprawdy niezapomniane wrażenie. Z jednej strony tak niezwykle energetyczne, a z drugiej tak strasznie pozbawiające wszelkich sił. Prawdopodobnie najlepszy koncert jaki w życiu może Cię spotkać, ale podziwiam ludzi, którzy byli w stanie utrzymać się w środku wszystkich podbarierkowych akcji od początku do końca. Nie mam zamiaru się rozpisywać - takie coś trzeba po prostu przeżyć, a We Are Your Friends można uznać za niekwestionowany hymn tego Open'era.

DAY 3

Jeden rzut oka na line-up i od razu przyspieszone bicie serca - ten dzień będzie dobry. I taki był..
Maina otwierali chłopaki z L.Stadt, zespołu, którego koncert ostatnio przegapiłem w Koninie, jednak zamiast miejsca pod sceną wybrałem miejsce na szczycie Heineken Lounge. Miejsce doprawdy zaszczytne, bo dające widok na niemal całe miasteczko festiwalowe i możliwość spokojnego posłuchania zespołu z głównej sceny, którego koncert wypadł naprawdę pozytywnie.
Jednak to nie zespół z Łodzi był tym na co wszyscy czekali (co widać było po frekwencji), a raczej kolejni wykonawcy - choćby Bloc Party. Ogólnie ten wieczór zapowiadał się na taki festiwal powrotów - zespół Kele Okereke wraca po kilku latach ciszy z nowym albumem, o Franz Ferdinand też nie było długo słychać, a The Cardigans to też swego rodzaju odrodzenie na Openerze. 'Long time no see' - tymi słowami przywitał nas wokalista Bloc Party. Był to pierwszy wieczorny koncert, który odbywał się przy genialnej pogodzie i pięknym zachodzie słońca, choć nawet i on został zakłócony przez chmury z gdyńskiego kociołka. Dobrze się nawet stało, bo atmosfera pod sceną była naprawdę bardzo gorąco. Wokalista miał świetny kontakt z publicznością i pomimo to, że nadal się w pełni do tej muzyki nie przekonałem (do licznych nowych utworów także) to na tym koncercie bawiłem się znakomicie - zwłaszcza przy zamykającym Helicopter. Naprawdę dobrze, że nas znów odwiedzili.

Dużo większe emocje towarzyszyły jednak kolejnemu wykonawcy. Na temat Franz Ferdinand ostatnimi czasy było zupełnie cicho, ale nikt o nich nie zapomniał. Alex powrócił z wąsikiem, a jego stylówa przypominała młodego nazistę. Nie wiem czy komuś to w ogóle przeszkadzało, bo koncert trzeba zaliczyć do ścisłej czołówki tego festiwalu. Usłyszałem wszystko co chciałem usłyszeć, przeżyłem Do you want to, Ulysses i Take Me Out. Genialnie zaprezentowali się na żywo, co było czuć dosłownie w kościach. Fantastyczna zabawa przepełniona muzyką, której nie da się nie lubić. W dodatku przeżyłem coś o czym zawsze marzyłem - surfowanie po tłumie. Przez cały koncert zdążyłem wysłać chyba z kilkanaście osób w górę i pomyślałem, że teraz szansa dla mnie. Było to przy nowym Animals & Trees, a wszystko poszło jak ze snu - sam środek tłumu, spokojna podróż na rękach publiki bez najmniejszego zawahania. Fenomenalne uczucie, wręcz nie do opisania. No i świetna droga ucieczki spod sceny - nie trzeba się przepychać. Zapytacie pewnie po co uciekać, skoro koncert tak dobry?

No cóż. M83. Jak już miałbym mieć jakiś powód to tylko taki. No i tak się złożyło, że zrezygnowałem z końcówki koncertu Franz Ferdinand, by pojawić się na Tent Stage. M83 grali w te ferie w Poznaniu i wtedy tylko obszedłem się smakiem, ale wiadomość o ich koncercie na Openerze była dla mnie genialnym niusem. Midnight City od ponad pół roku jest moim dzwonkiem na telefonie i do teraz go nie znienawidziłem, więc sami rozumiecie.. Dwa porządnie spędzone koncerty na mainie plus spacerek do sceny namiotowej i panujący tam zaduch sprawiły, że nie pchałem się już pod barierki. To nic - koncert był tak samo zajebisty w każdym punkcie. Od cudownego Intro, przez genialne Reunion i wręcz urzekającą interpretację We Own The Sky. No i przede wszystkim - Midnight City. To chyba mój ulubiony moment Heineken Open'er Festival 2012. Wykonanie, które dostarczyło niesamowitych emocji. Nic mi już wtedy nie przeszkadzało. Atmosfera była po prostu wybitna, w żadnym innym momencie podczas tych czterech dni nie usłyszałem takiego aplauzu i takiej reakcji publiczności. Po raz pierwszy byłem bliższy ogłuchnięcia od krzyków, a nie od głośników. Zespołowi też się to udzieliło - wokalista nawet nagrał wszystko z perspektywy sceny. No i to solo na saksofonie.. nie spodziewałem się, że je zagrają. Poczułem się w tym momencie absolutnie spełniony. Moim skromnym zdaniem - najlepszy koncert tej edycji.

Byli też The Cardigans, ale mogę ich oceniać tylko po wrażeniach ze spaceru od Tent Stage do własnego namiotu na polu kempingowym. Przechodząc koło sceny trafiłem nawet na My Favourite Game, a tak naprawdę tyle od nich chciałem usłyszeć. Kolejny udany dzień, w 100%.

DAY 4

Ostatni dzień koncertów. Strasznie szybko to zleciało.
No to co, może dziś przynajmniej stabilna pogoda? WRONG! Popełniłem życiowy błąd wychodząc do miasteczka festiwalowego w t-shircie i trampkach, bo już w drodze na Tent Stage złapała mnie wielka ulewa. Scena w namiocie okazała się niezłym ratunkiem przed deszczem, ale nawet gdyby warunki były idealne na plażę to i tak wybrałbym się na tamtejszy koncert Świetlików. Chciałem ich zobaczyć i mimo, że prawdopodobnie przez ten czas siedzę teraz w domu chory to wcale nie żałuję. Zwłaszcza utworów z pierwszej płyty w połączeniu z charyzmą i scenicznym stoickim spokojem wokalisty.
Szybki powrót na pole namiotowe, a tam błoto większe niż kiedykolwiek. Co więcej utworzyły się ogromne kałuże, przez które przepłynąć musiałem w moich już chyba świętej pamięci trampkach. Dobrze, że Mumford & Sons zaczęli się później, udało mi się przegapić jak najmniej. Zespół bowiem dawał sobie świetnie radę po raz pierwszy w Polsce. Nie przeszkadzała nawet złamana ręka wokalisty, a na niebie znów pojawiło się słońce. Jeden z bardziej optymistycznych momentów, no i przede wszystkim świetny występ. Bardzo miło było także usłyszeć kilka zdań łamaną polszczyzną ze sceny. Poza hitami z debiutanckiej płyty, które wprowadziły niepowtarzalny mumfordowy klimat pojawiło się też kilka nowych kompozycji zapowiadających kolejny dobry album.

Później ciężko było zdecydować co ze sobą zrobić - z koncertem The Mars Volta na mainie wygrała strefa gastronomiczna, na Janelle Monae spędziłem jedynie dwie piosenki (choć koncert był naprawdę udany), odwiedziłem także namiot i Friendly Fires. Ci ostatni byli chyba najlepszym posunięciem. Świetna impreza na Tencie, bardzo żywiołowy performance, no i bansujący wokalista - czego chcieć więcej by dobrze się bawić?

Tego dnia wszystko przebiegało jednak w nastroju oczekiwania - główną scenę tegorocznego Open'era mieli zamknąć The XX. Pod sceną taki tłum zjawił się chyba tylko na Justice czy Franz Ferdinand. Tylko, że w tym przypadku pod sceną nic się specjalnego nie działo. To był inny koncert. Zespół umyślnie wprowadził odmienną atmosferę, nie miał zamiaru zmieść sceny z powierzchni Ziemii. Zagrali po prostu swoją wspaniałą muzykę. Szkoda, że w takim tłumie ciężko było to odpowiednio skontemplować. Koncert był idealny do posłuchania. Wszystko było takie.. spokojne. Można powiedzieć, że nawet odrobinę miejscami zamulone - choćby Crystalised - tutaj prosiło się choć o gram przysłowiowego pierdolnięcia, The XX zagrali je jednak dużo bardziej majestatycznie niż na albumie. Tak było praktycznie ze wszystkimi utworami, co świetnie się sprawdziło choćby w przypadku Basic Space czy przede wszystkim magicznego Infinity. Jeszcze jedna uwaga - Intro spodziewałem się na początku, nie pod koniec..

Ostatnim moim koncertem tego festiwalu był SBTRKT. Ostatnia wizyta na Tent Stage, ostatni spacer po miasteczku festiwalowym. Prawdę mówiąc nie miałem już trochę na to siły. Trochę żałuję takiej postawy, bo party było przednie. To właśnie SBTRKT powinien zyskać miano tego klasycznego 'zamykacza' Open'era. Udało mi się trafić na moje ulubione Hold On, a także genialnie zagrane Something Goes Right.
Muzycznie to był już koniec.

DAY 5

Co tu dużo pisać? Powrót w miłej atmosferze, ostatnia udana przeprawa przez błoto, składanie namiotów i wielkie pożegnanie. Z wielkim bólem serca patrzyłem w kierunku Main Stage opuszczając Babie Doły. Wielkie muzyczne święto dobiegło końca. Z Gdyni wywiozłem wiele niezapomnianych doświadczeń. Zyskałem materiał do słuchania na całe wakacje, poznałem wielu genialnych wykonawców i niejednokrotnie muzyka mnie po prostu poruszyła. Do tego ta atmosfera.. nie wiem czy to był jeden z tych wielkich Open'erów, może ta edycja była nawet słaba, ale dla debiutanta wszystko robi niesamowite wrażenie. Myślałem, że rok temu na Coke'u było fajnie. HOF przebija jednak wszystko. Polecam każdemu, no i do zobaczenia za rok! :)


Wielkie pozdrowienia dla mojej ekipy z namiotu, bez której mój wyjazd pewnie nie miałby sensu i nie bawiłbym się ani trochę dobrze. Dzięki, że zadbaliście o wszystko i za towarzystwo!
Do tego podziękowania dla poznanych Irlandczyków, którzy w spadku zostawili nam swój.. namiot. 


+BONUS: moja pierwsza recenzja na NewAnthem: http://newanthem.pl/the-temper-trap-the-temper-trap/




środa, 20 czerwca 2012

New Anthem



Cześć, jeszcze o blogu nie zapomniałem. I nie martwcie się, nie napiszę nic o Euro. W sumie nie napiszę nic specjalnie twórczego nawet. Raczej będzie krótki komunikat z bonusem.






Pamiętacie może, że pisałem kiedyś o jakimś portalu muzycznym, na który mam niby pisać? Zapomnijcie. Mam już innego 'pracodawcę'.

www.newanthem.pl

Mam nadzieję, że tu będzie owocniej niż było to poprzednio.. niemniej jednak polecam bardzo ten portal, naprawdę super ekipa, sporo newsów, recenzje, relacje, wywiady, no i konkursy - teraz nawet karnet na Off'a można wygrać. No i coś ode mnie przeczytać. Trochę niusików już dałem, szykuje się pierwsza recenzja. Czytać, lajkować, propsować.

Nic tutaj nie pisałem już przez szmat czasu. Prawda jest taka, że w głowie cały czas mam sporo przemyśleń i innych rzeczy, którymi chętnie bym się tutaj dzielił i mam nadzieję, że w okresie nadchodzącym będę się tak nudził, że będę tu pisał naprawdę często. Obiecuję, że będzie coś jeszcze przed Openerem.

A za lojalność bonus - moja recenzja płyty KAISER CHIEFS – START THE REVOLUTION WITHOUT ME

„Niezdecydowani”

To tak naprawdę nie jest nowy album – nagrania były dostępne już w zeszłym roku na wydawnictwie „Future Is Medieval”. „Start The Revolution Without Me” to po prostu wydanie na rynek amerykański z ujednoliconą listą utworów, nowym tytułem i okładką. Pomimo to, że piszę teraz z Wielkopolski, a nie chociażby z Chicago to jednak chyba wystarczająco dobra okazja, by napisać o tym jak sobie teraz radzi Kaiser Chiefs.

Chyba wszyscy pamiętamy ich z wręcz nieśmiertelnego „Ruby”, ale aż trudno uwierzyć, że od ich debiutu mającego miejsce podczas boomu na zespoły indie rockowe mija właśnie 7 lat. Przez ten czas sporo nam się w muzyce zmieniło – gitary zostały wyparte przez syntezatory. O ile ten temat to materiał na oddzielną rozprawę, to jednak bez wątpienia brytyjska grupa nie zniosła tego najlepiej. Czy 3 lata ciszy od wydania nie najlepszego „Off with their heads” przyniosło zmiany na lepsze?

Słuchając ostatniego albumu odnoszę wrażenie, że interesujący pomysł na „Future is Medieval” w postaci możliwości stworzenia własnej okładki i samodzielnego wybrania piosenek na płytę wziął się nie tylko z wpływu ostatnio rosnącej tendencji ku personalizacji wydawnictw, ale także po prostu z braku zdecydowania. Kaiser Chiefs nie można zarzucić tworzenia na jedno kopyto – prędzej posądziłbym ich o swego rodzaju zatracenie tożsamości. Przez to jest tu trochę chaotycznie, a to męczące. Mamy tu zapędy na granie nieco ostrzejsze niż to, do którego brytyjczycy nas przyzwyczaili, ale także są tu piosenki brzmiące niemal jak Kraftwerk. I prawdę mówiąc nie jestem fanem żadnej z tych grup, a w szczególności tej romansującej z elektroniką. Na szczęście jest też kilka utworów typowo 'kajzerkowych', czy choćby coś tak nie pasującego do reszty jak kończące album akustyczne „If You Will Have Me”, które przypomina mi „Boxing Champ” i „Love's Not a Competition (But I'm Winning)” z „Employment”. Największe nadzieje daje singiel „Kinda Girl You Are”, który robi dokładnie to co potrafilły robić piosenki z dwóch pierwszych płyt – wkręca się i wywołuje uśmiech na twarzy już po pierwszym przesłuchaniu. Ale pomimo bardzo interesującego „Man On Mars”, które wydaje mi się jedynym nowym udanym eksperymentem tej płyty, oraz paru kawałków godnych zapamiętania myślę, że to wszystko to za mało. Co gorsza, to nie tylko za mało jak na Kaiser Chiefs. To za mało, żeby uznać „Start The Revolution Without Me” (lub jak kto woli „Future is Medieval”) za wystarczająco dobry album nawet bez zwracania uwagi na to kto go nagrał.

Czy będą oni coś jeszcze kiedyś warci? Nie mam prawa zabierać im szansy, nie mogę odmówić im wielkich ambicji, ale Kaiser Chiefs stali się po prostu bezpłciowi. Proponuję po prostu włączyć sobie stare dobre „Your Truly, Angry Mob” - jest to sugestia nie tylko dla Was, drogich czytelników, ale również dla panów z Leeds – może się na coś zdecydujecie.

4,5/10

niedziela, 6 maja 2012

wypowiedź szowinisty

Będę trochę kontrowersyjny. Pora na drażliwy temat, szczególnie drażliwy w moim otoczeniu ostatnim czasie. Zbieżność osób, nazwisk i sytuacji - przypadkowa.
Feminizm, szowinizm, r ó w n o u p r a w n i e n i e. Jesteśmy strasznie wyczuleni na tym punkcie. Prawie tak bardzo jak boimy się zrobić czegoś rasistowskiego - tak naprawdę w mojej opinii ten cały seksizm jest mniej więcej tym samym co rasizm tylko dotyczy innych odmienności, no i na szczęście nie prowadzi do takich poważniejszych konsekwencji, holocaust feministek nam chyba nie grozi.
W czym tkwi problem? Myślę, że poprawność polityczna nas prowadzi do zguby. Jesteśmy w takim błędnym kole. Przeczytałem dziś bardzo trafne stwierdzenie: "Feminism is the idea that we can make both sexes equal by focusing solely on the issues of one of them."
Założę się, że sporo osób nie zgodziłoby się z powyższym i owszem, może jest ono trochę uogólniające i odważne, ale jak najbardziej prawdziwe. To błędne koło, o którym mówię polega na tym, że ta cała powinność i poprawność polityczna ma na celu doprowadzenie do równouprawnienia wszystkich grup społecznych i to często za cenę zdrowego rozsądku. Robi się więc wszystko, by jednym żyło się teoretycznie tak samo dobrze jak innym, skupia się właśnie na problemach i interesach tych rzekomo pokrzywdzonych po to, aby zatrzeć pewne różnice. Doprowadzić do równości. Tylko, że to przecież paradoks. Takie działania dają tak naprawdę odwrotny skutek. W porządku, może zmiana jakiegoś prawa na takie samo dla kobiet i mężczyzn wygląda bardzo nowocześnie i prawidłowo, ale z drugiej strony to przecież pokazanie, że jedna z grup społecznych jest gorsza, jest inna, jest bardziej specjalna od tej drugiej. Nie miało czasem być odwrotnie? Jedni nie mieli być ani lepsi, ani gorsi, ani inni od drugich. Niepotrzebne są niektóre akcje i informacje. W Stanach Zjednoczonych ostatnio była sprawa z zabójstwem młodego afroamerykanina przez bodajże policjanta, rasy białej. Nie wiem dlaczego ludzi dziwi to, że pojawiło się tyle rasistowskich podejrzeń w tej sytuacji w kraju, w którym tak się podkreśla, że Barack Obama jest pierwszym czarnoskórym prezydentem. Pewnie publicyści chcą pokazać, jak rzekomo tolerancyjne stało się USA, że niegdyś zniewoleni dziś z powodzeniem rządzą najważnejszym państwem świata, ale to jest taki drobny przekaz podprogowy - 'w końcu nie jesteśmy takimi rasistami, w końcu czarnemu się udało'. Ja rozumiem, że trzeba znać historię i jej niechlubne niesnaski, ale takie podkreślanie tych różnych odmienności tylko jeszcze bardziej zakorzenia nam w umysły to, że różnice istnieją. A brakiem rasizmu nie jest tolerowanie rzekomych różnic tylko po prostu ich pomijanie. Może powiecie, że się czepiam, że sam wszędzie widzę rasizm. Nie zgodziłbym się z tym, bo to właśnie utwardzona świadomość o inności pewnych grup jest przyczyną tych groźnych przejawów nietolerancji - bo to, że kobieta nie ma szans na pracę w pewnych zawodach jest dużo mniejszą tragedią niż 77 ofiar Andersa Breivika.
Inną sprawą jest pewna hipokryzja zwłaszcza w feministycznych dążeniach. Kobiety chcą łamać stereotypy, być tam gdzie do tej pory byli tylko mężczyźni. Okej, pochwalam to, nie bądźmy już tacy staromodni, ale z drugiej strony w codziennym życiu to one pielęgnują pewne dziwne zasady. Poza tym.. czy to naprawdę Wam tak wszystko potrzebne, drogie panie? Nie zasługujecie na gorsze traktowanie (tak samo jak nie zasługuje na nie każdy mężczyzna), ale czy naprawdę tak wszystkie ciągniecie do górnictwa czy innych zawodów uznawanych za męskie i trudne? Można być poprawnym politycznie, ale pewnych rzeczy się nie da oszukać. Kobiety się po prostu do niektórych rzeczy o wiele mniej nadają niż mężczyźni. I to po prostu biologicznie. Człowiek na dłuższą metę jest po prostu ssakiem, zwierzęciem i matka natura zaprojektowała obie płci do różnych, uzupełniających się ról. I to słowo 'uzupełniający' jest kluczowe i na tym powinniśmy się opierać. Tak jak mężczyzna nie urodzi dziecka, tak kobiety nie mogą sikać na stojąco. I to, że od kilkuset lat wstecz pewną rzecz wykonywali zazwyczaj mężczyźni i to oni są do tej czynności dużo bardziej pożądani to świadczy o tym, że po prostu tak powinno być. To całe równouprawnienie jest dla mnie takim problemem bogatego świata. Problemem przekoloryzowanym i w dużej mierze powodowanym przez płeć słabszą. Jestem świadomy tego, że działa to w obie strony i nie przeszkadza mi rozszerzanie praw kobiet czy coś tylko po prostu moim zdaniem na świecie mamy wiele poważniejsze problemy, a i z tym nie potrafimy sobie odpowiednio poradzić. Poprawność polityczna nas zabija i będzie robić to tak długo, aż ludzie nie nauczą się pokory. Sam marzę o świecie jak z piosenki Johna Lennona. Z zapewnionym pokojem i dobrobytem dla wszystkich, bez rozdrabniania się na osobne dobro dla kobiet i mężczyzn, czarnych i białych, żółtych i zielonych, wysokich i niskich, leworęcznych i praworęcznych, niepełnosprawnych i zdrowych, chrześcijan i muzułamanów czy jaki kto jeszcze sobie podział potrafi wymyślić.

Zapewne wszystkie moje koleżanki czytają tego posta i czekają aż palnę coś szowinistycznego o kuchni (o ile mają tam internet). Cóż, pewnie dla niektórych ten post i tak był strasznie tendencyjny, a ja zostanę spalony na stosie. Wszystkim którzy tak pomyślą polecam odrobinę zdrowego rozsądku, pokory i dystansu. To, że śmieszą mnie żarty o kobietach w kuchni nie znaczy, że tylko tam bym je widział. To, że śmieszy mnie kawał o Żydzie, o który wszyscy się boją, że zostanie spalony nie czyni mnie antysemitą, tak samo jak chodzenie do kościoła nie czyni mnie chrześcijaninem, ani stanie w garażu nie zrobi ze mnie samochodu.
Pozdrawiam, szowinistyczna świnka.

piątek, 6 kwietnia 2012

4 lata na last.fm

Powodem dla dzisiejszego wpisu jest czwarta rocznica założenia mojego konta na last.fm - o, właśnie tego:  http://www.lastfm.pl/user/IcEnzo

No to pewnie kolejna reklama jakieś stronki? Niezupełnie. Może tak to wszystko zabrzmieć, ale tak naprawdę wcale nie o to mi chodzi. A na Music is jestem aktualnie mocno obrażony...

O co w ogóle chodzi z tym last.fm? No cóż, zawsze mam wielki problem, żeby komuś uświadomić jak fajny jest ten portal. Przecież w teorii to w zasadzie wygląda to wręcz drętwo. Słuchasz muzyki na komputerze, a przez odbywający się proces tak zwanego scrobblingu wszystko pokazuje się na Twoim profilu na stronce. Niby okej, może nawet fajne, ale jakoś niespecjalnie zachęca do poświęcenia czasu na założenie konta i ściągnięcie programu, a i na samym portalu za pierwszym razem można się trochę pogubić. I może na początku, zwłaszcza jak się nie ma znajomych, rzeczywiście last.fm wydaje się nieco bezsensowne, ale z doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że nie ma nic bardziej mylnego. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że wolę last.fm od fejsbuka.
Preferuję tutejszą społeczność, bo jest mniej pozerska, mniej sztucznie kreowana. Ludzie tu wyrażają się takimi jakimi są. Przeglądanie biblioteki na last.fm jest dla mnie o wiele ciekawsze niż stalkowanie na fejsie. I w niektórych przypadkach potrafi powiedzieć o wiele więcej. No ale tu chyba nie o to tu chodzi.. Prawdę mówiąc to chyba jedno z najlepszych miejsc w internecie, by poszerzać muzyczne horyzonty. Dostajecie propozycje, zawsze macie podanych podobnych wykonawców, no i można zgapiać od sąsiadów. Albo wpisywać jakiś tag i wybierać piosenkę wg fajności tytułu. Zdecydowanie bez last.fm nie znałbym dużej części artystów stanowiących moje upododobania.
Jednak tym co mogę powiedzieć po 4 latach jest to, że im dłużej masz konto tym bardziej jesteś dumny ze swojego profilu. Moje konto stanowi dziś wielki pomnik mojego gustu muzycznego. To taki manifest eklektyczności i okazałości tego czego słucham na co dzień na komputerze. 4 lata. W chwili pisania posta dokładnie 78 000 odtworzeń (pisanie posta przedłużyło mi się na jakieś 2 tygodnie i właśnie dobijam do granicy 79 000). 54 utwory dziennie. 567 wykonawców. Kilka statystyk, a już się czuję dużo bardziej wartościowo. Może jestem jedynym, który to tak odbiera, ale myślę, że dla każdego fana muzyki obok kolekcji nagrań drugą najbardziej budującą rzeczą powinien być obfity profil na last.fm. W moim przypadku idealnie pokazuje ewolucję mojego gustu. Widać też wpływ muzyki na wydarzenia w moim życiu. Albo to jak dwa zupełnie różne zespoły lub wykonawcy potrafią pochłonąć niemal identyczną część mojego czasu. Elbow i The White Stripes, The Kooks i The Smashing Pumpkins, The Rolling Stones i Ólafur Arnalds, Travis i Queen, John Lennon i Bob Marley, Beck i Metallica, Dire Straits i Gorillaz, Calvin Harris i System of a Down, Sting i David Gilmour - zadziwiające jak wiele z tych par stanowi albo kompletną abstrakcję poprzez nawet pojawienie się w jednym zdaniu obok siebie, albo zwyczajnie do siebie nie pasuje, a jednak w moich statystykach ze sobą sąsiadują.
Oczywiście zdaje sobie sprawę, że przy niektórych mój profil to pikuś, a to na co ja się jaram jak Londyn w 1666 roku to nic wielkiego, a wręcz normalnego. Ale to chyba też stanowi pewien smaczek, bo zupełnie się tym nie przejmuję. Mimo, że nadal dążę do poszerzania granic tego co lubię w muzyce to jednak wyznaję zasadę, że słucham najlepszej muzyki na świecie. Brzmi mało skromnie? Tak, ale przecież i Wy słuchacie tego co Wam się najbardziej podoba, czyli innymi słowy tego co uznajecie za dla Was najlepsze na świecie. No chyba, że jedynym źródłem muzyki jest dla Was Radio Planeta lub Viva. To wtedy nie macie prawa tak mówić.
I jako, że nadal jestem trochę pod wpływem mojej ulubionej sceny z 'Leona Zawodowca' to parafrazując Gary'ego Oldmana:
everyone should have a last.fm account.
- what do you mean everyone?
- EVERYONE!

P.S. wiem, że dizajn trochę ssący, ale przynajmniej nie jest takim samym schematem jaki mają wszyscy. :D


czwartek, 22 marca 2012

Ólafur Arnalds @ Blue Note, Poznań (20.03.2012)

Nie powinno mnie tam być. Nie powinienem w ogóle interesować się takimi koncertami. Przecież nawet maturę dopiero za rok piszę.. Pomimo to, że z tymi stereotypami się kompletnie nie zgadzam to wydaje mi się, że zaliczyłem już muzyczny egzamin dojrzałości. Ólafur Arnalds tworzy bowiem muzykę klasyczną w nietuzinkowy sposób wpisując się w zarys tego gatunku. Wydaje się więc, że to trudny koncert dla purystów – nic bardziej mylnego.

Najpierw jednak na scenie zagościł 'człowiek-orkiestra' czyli supportujący GRABEK. Bardzo krótki występ pokazał czego można się spodziewać także po polskiej scenie muzycznej. Wprowadził w poznańskim Blue Note niezwykłą atmosferę – atmosferę absolutnej ciszy podczas piosenek, która z małymi 'klubowymi' wyjątkami utrzymała się aż do końca.

Kiedy do fortepianu przysiadł nareszcie wyczekiwany Islandczyk to każdy kolejny dźwięk utwierdzał mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z czymś więcej niż muzyką i z kimś więcej niż artystą. Nie znam się na scenie klasycznej, nie jestem ekspertem ani wiernym słuchaczem tego gatunku, lecz to nie ma żadnego znaczenia. Każdy, kto miał okazję posłuchać Ólafura i ma choć za grosz wrażliwości wie o czym mówię. Od momentu, gdy dołączyło do niego dwóch innych panów odpowiedzialnych za instrumenty smyczkowe można było tylko zamknąć oczy i odpłynąć na fali niesamowitych dźwięków. Pojawiło się majestatyczne Poland, napisane zresztą przed rokiem właśnie w Poznaniu i poprzedzone anegdotą o polskich drogach i polskiej wódce. Widownia została uraczona też improwizacją, którą sam muzyk bardzo skromnie ocenił jako 'above average'. Punktem kulminacyjnym określiłbym niewiarygodne wykonanie piosenki 3326 przez skrzypka. Powalające.
W świetny sposób zaprezentowanych zostało kilka piosenek z nadchodzącego albumu oraz z Living Room Songs w tym znakomite Near Light.

Mogłoby się wydawać, że za takimi kompozycjami powinna stać jakaś wielka orkiestra, która na pierwszy rzut oka robi wielkie wrażenie. Ale w tym przypadku jest zupełnie przeciwnie – za wszystko odpowiedzialny jest skromny facet z uroczym akcentem opowiadający naprawdę miłe rzeczy między piosenkami, a podczas trasy koncertują tylko w trzy osoby. Ten brak takiego zimnego patosu w połączeniu z dozą elektroniki powoduje, że muzyka i atmosfera stają się bardzo przystępne. Dowodem na to jest fakt, że tego wieczoru w klubie dominowali młodzi, ale także bardzo różnorodni ludzie.

Koncert Ólafura Arnaldsa wywołał we mnie nieprzeciętne emocje. Wszyscy wrażliwi słuchacze bez problemu odnaleźli więź z każdym dźwiękiem wydobywającym się z fortepianu, skrzypiec czy syntezatora. Mało jest takich jak on artystów, których twórczość (która wydaje mi się niedoceniana) jest tak bliska znaczenia słowa „magia”.

czwartek, 15 marca 2012

Music is..

Dziś tylko taki krótki flash, a nawet powiedziałbym, że reklama.

Mam do czynienia z całkiem ciekawą inicjatywą - powstaje portal muzyczny Music is.


http://musicis.pl/

Polecam tam zaglądać czasem. Naprawdę interesująco się to wszystko zapowiada, mimo że portal stoi zaledwie kilka dni. Wygląda okazale, a przede wszystkim jest co poczytać. Newsy. Felietony. Informacje o koncertach i relacje z nich. Recenzje. Wywiady. Przede wszystkim dużo dobrej muzyki, głównie takiej, której nie znacie, a powinniście.
Reklamuję, bo naprawdę fajni ludzie w tym uczestniczą. W tym.. ja. Załapałem się i co jakiś czas można będzie nieco tam ode mnie poczytać - głównie recenzje płyt (i to takich, które sam słyszę po raz pierwszy), ale będą wpadać też newsy i pewnie parę różnych innych notek.
Co to oznacza dla tego bloga?
Cóź, nie za wiele. najalternatywniej nigdy nie miało być skupione wybitnie na muzyce, tak więc strat merytorycznych pewnie nie odnotujecie. A nawet jeśli zdarzy mi się coś ciekawego tam napisać to i tu wrzucę zapewne. Ogólnie całkiem łatwo zauważyć, że częstotliwość pojawiania się nowych wpisów na blogu nie jest zbyt wysoka i pewnie kariera redaktora nie wpłynie jakoś pozytywnie na to, ale będę się starał niezależnie od tego pisać w miarę możliwości. Bo chyba nawet wolę pisać na bloga. Może i nikt tego nie czyta, ale tutaj sam sobie rządzę. Sam sobie wybieram zakres i tematykę. Sam sobie narzucam warunki o czym i jak pisać. Do tego swoboda wyrażania w pełni swojego zdania.. w sumie już kiedyś mówiłem, że w kwestii muzyki nie można być obiektywnym, bo nie ma bardziej subiektywnie odczuwanej dziedziny życia niż sztuka, jednak na Music is będzie trochę z tym ostrożności.

Mam nadzieję, że portal się będzie rozwijał i będę miał sporo do pisania, a Wy sporo do czytania. Na dobry początek pierwsza recenzja i to od razu z serii 'nie znam się, to się wypowiem' - zespół Tennis i album "Young & Old".
http://musicis.pl/?p=759
Notabene całkiem przyjemna płytka, a tekst będzie się nam pewno milej czytało jak sobie włączycie jeszcze streama. Polecam.

A tu? Może coś motoryzacyjnego w końcu wpadnie, kto wie..
stay tuned.

P.S.
1000 wyświetleń - dzięki dzięki, na adsense sobie zarabiam :>
P.S. [2]
konia z rzędem dla tego Anonima, co pod poprzednim postem Nicka Cave'a wrzucił :>

wtorek, 28 lutego 2012

READ LOUDLY

Z natury preferuję to co starsze. Zdarza mi się też marzyć o życiu kilkadziesiąt lat wcześniej. Trochę duchowo jestem staruchem - od Aventadora wolę Miurę, od nowego Ferrari starego Jaguara, whisky też im starsze tym lepsze - co prawda w sprawach postępu technologicznego w żadnym wypadku amiszem nie jestem, no i raczej nadal mnie bardziej interesują rówieśniczki niż stare panny, ale chodzi mi głównie o muzykę. Lata 70' już nigdy nie powrócą, a co więcej wszystko co było potem ma olbrzymie problemy by się do dziedzictwa tamtego okresu choćby zbliżyć. Nie chodzi mi o naśladowanie i powielanie starych wzorców. Od lat 80' stopniowo coraz więcej elektroniki wkracza w świat muzyki. Tworzy to nam nowe horyzonty, ale wydaje mi się, że powoli zabija tego prawdziwego ducha. Dziś naprawdę trudno o coś oldschoolowego. Nawet nie mówię o muzyce typowo radiowej, ale czegoś prawdziwie rockowego ze świecą trzeba szukać nawet na.. MTV Rocks. Jeszcze parę lat temu było inaczej. To były czasy tej indie-eksplozji - może i każdy zespół brzmiał podobnie, może i nie były to jakieś wielkie arcydzieła, ale wywoływały szeroki uśmiech na twarzy. Każdy zespół miał coś w sobie, nawet jeśli była to tylko fajnie brzmiąca partia gitary. Dzisiaj toniemy w hipsteriadzie, pełnej syntezatorów i innych bliżej nieokreślonych urządzeń, a te grupy, które jeszcze kilka lat temu z sukcesem zajmowały miejsce w moich uszach teraz równie zgodnie rujnują się wymuszoną elektroniką. Jeśli chcesz posłuchać prawdziwego rocka - to nadzieja dla Ciebie zmniejsza się coraz bardziej. Bo co mamy prawdziwie gitarowego, co wyszło w ciągu kilku ostatnich miesięcy, a do tego jest noo.. na tyle popularne, abym o tym słyszał? Prawdę mówiąc przychodzą mi do głowy 2 zespoły - niezawodny Dave Grohl z Foo Fighters i moje ostatnie odkrycie - The Black Keys.

Mam parę zespołów, które uznaje za fajne i wiem, że mogą mi się spodobać, ale jakoś z bliżej nieokreślonych przyczyn ich nie słucham. Tak było właśnie z The Black Keys - miałem zapisanych ich na mojej liście 'do rozkminienia' od bardzo dawna, ale dopiero ostatni album skłonił mnie do zmiany postaci rzeczy.  Było to pod koniec ubiegłego roku i faktycznie, nie myliłem się - fajni są ci Keys'i. I tyle. Może nawet wtedy było jeszcze za wcześnie? Nie wiem, ale parę lekceważących miesięcy później odkryłem swój błąd. "El Camino" jest po prostu świetne. Zbawienie dzisiejszego rocka. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio tak głośno słuchałem muzyki. A to jest płyta, którą trzeba grać głośno. Najlepiej od początku do końca. Od genialnego, cholernie uzależniającego "Lonely Boy" (polecam teledysk - od kiedy go zobaczyłem za każdym razem przy tym kawałku tańczę jak ten pan z klipu :)) aż po zamykające "Mind Eraser". Dość brudne riffy oraz głośna, choć bardzo bluesowa linia basowa w kombinacji z tekstami to może nie jest najbardziej ambitna rzecz na świecie, ale to muzyka bardziej dla serca niż dla duszy. Zwłaszcza uwielbiane przeze mnie "Little Black Submarines", ale praktycznie każda piosenka ma coś w sobie. Coś, co poprawia mój wieczór, mój humor, nawet ten wpis będzie o wiele lepszy, tylko dlatego, że teraz mam w tle "Gold on the Ceiling". Najchętniej napisałbym teraz kilkanaście zdań o czymkolwiek - wiem, że z takim akompaniamentem Wam się na pewno spodobają. Kwintesencją albumu jest piosenka "Nova Baby", która już mi zdążyła popsuć statystyki na last.fm. Raz zapętlona nie jest w stanie zniknąć z mojej głowy i wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy żaden inny współczesny zespół nie jest w stanie mnie na dobre wykurować. Może lepiej, żeby się na festiwalach w Polsce nie pojawiali, bo naprawdę będę miał z nimi poważne problemy.

Swoją drogą - poprzednie ich albumy też niczego sobie, ale "El Camino" daje niesamowitego kopa. Może wystarczającym przykładem jest to, że to właśnie ta płyta przerwała miesiąc tutejszej ciszy. Nie sądzę, żebyście tęsknili - zwłaszcza, jeśli już sobie włączyliście The Black Keys.

Ja też urywam w tym miejscu, bo wyglądam już mniej więcej tak:

poniedziałek, 30 stycznia 2012

gotye feat. lana del rey live in stockholm

No to co z tym Gotye? Tak jest - i u mnie się pojawi. Jest też na tablicach Waszych znajomych. Leci pewnie właśnie na Trójce. Prawdopodobnie znajdziecie go też w Waszej lodówce. Razem z "feat.'em". Ale dlaczego wszystkim tak się podoba, że każdy chce się podzielić 'Somebody That I Used to Know'? Przecież to nie jest materiał na idealny komercyjny utworek. Początkowo nawet można było uznać to za muzykę niszową, alternatywną. Trójka przecież zaspokaja nieco bardziej wyszukane gusta, a to tam Belg królował najdłużej. To kolejny dowód na to, że dziś to co hipsterskie staje się prawdziwym mainstreamem. Zmierzam jednak do tego, że jakkolwiek każdy z nas by nie rzygał tą piosenką to jednak za każdym razem gdy ją usłyszy ma to specyficzne uczucie wkręcającej się melodii. Gotye może nie zasługuje na miano arcygeniusza, ale na pewno hejtowanie jego twórczości powinno być związane tylko z jej wszechobecnością, a nie jakością.

Smutne jest jednak to, że ta wszechobecność to w dzisiejszych czasach jedyna możliwość by wypromować nowy kawałek. Od pewnego czasu jesteśmy ofiarami syndromu sztokholmskiego w muzyce popularnej. Oczywiście komercyjne piosenki w większości od początku konstruowane są według prostego wzoru 'gdzieś-już-to-słyszałem', ale to nie wystarcza. Stajemy się zakładnikami radia i muzycznych telewizji - słuchamy tego co jest emitowane. A w popularnych stacjach emitowane jest to, co ma się dobrze sprzedać. Co ma się spodobać szerokiemu gronu odbiorców. I spodoba się, czy tego chcemy, czy nie.. Przy takiej częstotliwości słyszenia nowego hitu to nawet jeśli otwarcie owego muzyka nienawidzimy to po pewnym czasie trzeba ulec. Prawdopodobnie nie ma nic gorszego dla fana dobrej muzyki niż piosenka niemiłosiernie chodząca po głowie, której tak naprawdę nie znosimy, a mamy tak wielką ochotę śpiewać lub nucić.

To przecież nie na tym polega dobra muzyka. Godnego polecenia artystę możemy poznać po tym, że to słuchacze czekają na jego wydawnictwa, a nie wydawnictwa czekają na aprobatę słuchaczy. I tu pojawia się nam Lana Del Rey, bo to o niej miałem pisać. Właśnie premierę miał jej album "Born to Die". Pierwsza wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku. I o ile za zbawczynię mainstreamu w 2011 roku można uznać Adele, to zanosi się na to, że w tym roku będzie nią dla mnie właśnie Lana Del Rey.
Najpierw pojawiło się genialne "Video Games". W międzyczasie klip do "Born to Die", a i jeszcze kilku innych piosenek można było posłuchać długo przed premierą longplay'a. To w połączeniu z dość kontrowersyjnie budowanym wizerunkiem rozbudziło oczekiwaniu. Czy zostały spełnione?
Osobiście jestem spełniony już po pierwszej piosence. "Born to Die" okazuje się jeszcze lepsze niż "Video Games", dzięki któremu w ogóle usłyszeliśmy o kimś takim. Brzmi naprawdę cudownie. Z czasem zaczyna się nam robić nawet eklektycznie, choć nie do końca jestem przekonany czy w tym dobrym kierunku, bez wątpienia jednak przekonujemy się o jej genialnej barwie głosu i specyficznym stylu. To wszystko wprowadza nas w specyficzny nastrój. Naprawdę mamy okazję poczuć się dość specjalnie, inaczej niż słuchając cokolwiek innego w radiu.
Tyle, że tu pojawiają mi się wątpliwości. Czy naszym polskim prostym gustom to będzie odpowiadać?
Nowojorski klimat i niezwykły wokal to pewny sukces w USA, ale obawiam się, że Radio Zet nie zostanie zbyt szybko opanowane przez tę wokalistkę. Trochę szkoda, bo pomimo to, że sam kultu Lany Del Rey nie będę uprawiał, a "Born to Die" płytą ani odkryciem roku nie jest to miałem nadzieję, że wprowadzi trochę powiewu w mainstream. Bo takiej muzyki mogę słuchać w radiu. Choć nie z nadmiarem.