wtorek, 10 lipca 2012

Open'er 2012

Lipcowe marzenie nareszcie spełnione - wstąpiłem do grona openerowej społeczności przeżywając 4 dni pełne przede wszystkim dobrej muzyki.


DAY 0
Podróż, zakwaterowanie na polu namiotowym i straszne zimno - tak się zaczęło. Nie wpadłem na to, że 300 kilometrów w kierunku Bałtyku sprawi, że zamiast 35 będzie tylko 15 stopni. Niemrawe przyzwyczajanie się do Heinekena rozkręciło się wieczorem - w końcu miałem do czynienie z prawdziwą integracją. Naprawdę poznałem wspaniałych ludzi i okazało się, że po sąsiedzku mieszka dwóch świetnych gości z Irlandii. Zamiast oszczędzać siły na koncerty pół nocy zeszło na słuchanie irlandzkiego akcentu i egzystencjonalne rozkminy. Open'er już mi się podobał.


DAY 1


Po wielu rozmyślaniach doszedłem do wniosku, że na papierze to dla mnie najlepszy dzień. Od 18:00 do samego końca interesowało mnie wszystko na Main Stage. I tak punktualnie festiwal rozpocząłem koncertem Fisz Emade Tworzywo. Jak ktoś mnie zna to się zdziwi, jak nie to może też - nie wyglądam na gościa, który lubi polski rap. W sumie tak rzeczywiście jest.. poza jednym wyjątkiem. Właśnie tym, który był prawdziwym openerem Open'era. Występ może nie okazał się jakimś niezapomnianym wydarzeniem, ale  przecież nikt tego nie wymagał. Było naprawdę bardzo pozytywnie. Wielki szacunek dla Fisza należy się za to co robi, moim zdaniem to niedoceniany artysta i zmienił moje osobiste podejście do tego gatunku muzyki.
Dwie godziny później pierwsza prawdziwa gwiazda, pierwszy zespół na który wiele osób czeka - The Kills. Tutaj też jakoś nie robiłem sobie nadziei na niesamowite widowisko - w końcu to dopiero pierwszy dzień, ledwie drugi koncert, a oni przyjeżdżają po raz pierwszy, pewnie nie wszystkim przypadną do gustu.. no i się pomyliłem. Polska publika zafundowała grupie wspaniałe przyjęcie, a oni się nam odwdzięczyli genialnym występem. Zdecydowanie faworyt do najlepszych show tego Open'era, wracając na chwilę do namiotu nie mogłem utrzymać normalnego kroku tylko ciągle byłem porywany do skakania przez wciąż kręcące się w głowie Fuck the People lub kołysania się jak przy Black Balloon. No i przede wszystkim Allison.. jaka ona jest cudowna! Zdecydowanie najlepsze wrażenia wizualne.
Zaraz potem miał być następny występ, przy którym ważny był także widok. Ale tym razem niekoniecznie chodziło o urodę artystki co o wizualizacje. Koncert Björk to już serio miało być wydarzenie. No i było. Jak cholera. Islandczycy naprawdę mają w sobie to coś, co zapiera dech w piersiach. Ona ma przede wszystkim głos, którego nie odda żadne studyjne nagranie, a w akompaniamencie chóru robi piorunujące wrażenie. A propos piorunów - też były. Tak samo jak petardy, iskry, ogień i ryjące mózg wizualizacje. Całość po prostu odbiera mowę. Naprawdę nie wiem kim trzeba być, by ten koncert przeżyć bez poruszenia. Przez te półtorej godziny każdy przy Main Stage miał swój własny osobny świat, w którym kontemplował prawdziwą muzykę. Ja odleciałem przy All Is Full Of Love, choć to chyba Crystalline zostawiło mnie z opadniętą szczęką, zwłaszcza po drum & bass'owym outro.

No i na sam koniec jeszcze inny klimat. To właśnie chyba jest w tym festiwalu najlepsze - różnorodność. I to nie chodzi o to, że jest siedem scen, że na każdej co innego, że na każdej ktoś coś dla siebie znajdzie.. przecież spójrzmy na samą scenę główną. Mieliśmy polski rap, zaraz potem ostre rockowe granie, później skandynawską alternatywę, a na koniec legendę lat osiemdziesiątych - New Order. Skoro już pisałem tyle o swoich oczekiwaniach to tu też wypada zaznaczyć, że to chyba na nich najbardziej czekałem. Sama świadomość, że usłyszę na żywo Love Will Tear Us Apart spędzała mi sen z powiek. Specjalna koszulka, drugi rząd od barierek przy scenie i wspaniałe Crystal od początku. Muszę jednak przyznać, że mimo faktu, iż ich muzyka ani trochę się nie postarzała, to jednak sam skład już ma swoje na karku i wokal trochę trąci myszką. Nie zmienia to faktu, że przeżycia mam naprawdę znakomite - co prawda Isolation czy nawet Transmission w wykonaniu Bernarda Sumnera to nie to samo co Ian Curtis z Joy Division, ale nie mam prawa narzekać - a Blue Monday czy wspomniane Love Will Tear Us Apart napełniło mnie szczęściem po same brzegi.

DAY 2

Drugi dzień kręcił się tak naprawdę wokół jednego. Justice. Było na ustach wszystkich i to nie tylko w czwartek, ale i wcześniej, a jak się okazało także dużo później. Wielkie nadzieje i wielkie oczekiwanie, ale na ten koncert przyjdzie jeszcze pora.
Akurat tego dnia line-up nie zachwycał, dlatego z braku innych ciekawych opcji odwiedziliśmy Dry The River na Tent Stage, co się okazało wyjątkowo udaną opcją. Fajny, mile koncertujący zespół. Przyjemnie jest też patrzeć, gdy grupa na scenie cieszy się z gorącego przyjęcia przez publiczność, a dokładnie z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia. Jeśli wierzyć basiście to był to ich ulubionych występ w karierze.. w każdym razie - są godni polecenia.
W międzyczasie na głównej scenie odbywał się ciekawy eksperyment - muzyka klasyczna na Open'erze za pośrednictwem penderecki /// greenwood. Trudno oceniać tylko po kilku minutach słuchania, ale niespecjalnie do mnie to trafia. Występ co prawda przyciągnął swoją publiczność i ogólnie uznaję to za naprawdę ciekawe posunięcie, ale wydaje mi się, że znakomita większość openerowskiej społeczności wolałaby w tym momencie iść na koncert jakiejś bardziej przystępnej gwiazdy.
Na szczęście na 22:00 planowany był Bon Iver. Nasi znajomi z Irlandii przyjechali do Gdyni głównie dla niego. Sam niezbyt przepadam za jego studyjnymi nagraniami (z wyjątkiem Skinny Love), ale jego koncerty zawsze przedstawiane były jako urzekające i niezapomniane. Nie jestem do końca pewien czy tak było - nadal nie jestem przekonany do stylu tego muzyka, choć przyznaję - podczas jego występu kilkakrotnie miałem to wewnętrzne poczucie, że jest on w stanie wywołać naprawdę głębokie emocje. Mam na myśli zwłaszcza końcówkę w postaci For Emma czy też odśpiewanego przez tłum Skinny Love.
W powietrzu jednak czuć było, że nadchodzi coś naprawdę grubego. Przed główną scenę na dobre pół godziny przed rozpoczęciem kolejnego koncertu było sporo przepychanek, a ludzie falowali od jednej strony na drugą. Każdy chciał być jak najbliżej, wszyscy zdawali sobie sprawę, że za kilka minut może zacząć się niewiarygodne show. Po odśpiewanym Gdzie jest krzyż? w końcu pojawiło się Justice. Duet, którego fenomenu jeszcze parę dni temu nie byłbym w stanie wyjaśnić. Ich występ jednak zmienił moje postrzeganie definicji słowa 'impreza'. Mówię szczerze - były momenty, że bałem się o swoje życie. Kocioł pod sceną był niesamowity i wyjścia z niego po prostu nie było. Jedna wielka masa ludzi ruszająca się we wszystkich płaszczyznach. Doprawdy niezapomniane wrażenie. Z jednej strony tak niezwykle energetyczne, a z drugiej tak strasznie pozbawiające wszelkich sił. Prawdopodobnie najlepszy koncert jaki w życiu może Cię spotkać, ale podziwiam ludzi, którzy byli w stanie utrzymać się w środku wszystkich podbarierkowych akcji od początku do końca. Nie mam zamiaru się rozpisywać - takie coś trzeba po prostu przeżyć, a We Are Your Friends można uznać za niekwestionowany hymn tego Open'era.

DAY 3

Jeden rzut oka na line-up i od razu przyspieszone bicie serca - ten dzień będzie dobry. I taki był..
Maina otwierali chłopaki z L.Stadt, zespołu, którego koncert ostatnio przegapiłem w Koninie, jednak zamiast miejsca pod sceną wybrałem miejsce na szczycie Heineken Lounge. Miejsce doprawdy zaszczytne, bo dające widok na niemal całe miasteczko festiwalowe i możliwość spokojnego posłuchania zespołu z głównej sceny, którego koncert wypadł naprawdę pozytywnie.
Jednak to nie zespół z Łodzi był tym na co wszyscy czekali (co widać było po frekwencji), a raczej kolejni wykonawcy - choćby Bloc Party. Ogólnie ten wieczór zapowiadał się na taki festiwal powrotów - zespół Kele Okereke wraca po kilku latach ciszy z nowym albumem, o Franz Ferdinand też nie było długo słychać, a The Cardigans to też swego rodzaju odrodzenie na Openerze. 'Long time no see' - tymi słowami przywitał nas wokalista Bloc Party. Był to pierwszy wieczorny koncert, który odbywał się przy genialnej pogodzie i pięknym zachodzie słońca, choć nawet i on został zakłócony przez chmury z gdyńskiego kociołka. Dobrze się nawet stało, bo atmosfera pod sceną była naprawdę bardzo gorąco. Wokalista miał świetny kontakt z publicznością i pomimo to, że nadal się w pełni do tej muzyki nie przekonałem (do licznych nowych utworów także) to na tym koncercie bawiłem się znakomicie - zwłaszcza przy zamykającym Helicopter. Naprawdę dobrze, że nas znów odwiedzili.

Dużo większe emocje towarzyszyły jednak kolejnemu wykonawcy. Na temat Franz Ferdinand ostatnimi czasy było zupełnie cicho, ale nikt o nich nie zapomniał. Alex powrócił z wąsikiem, a jego stylówa przypominała młodego nazistę. Nie wiem czy komuś to w ogóle przeszkadzało, bo koncert trzeba zaliczyć do ścisłej czołówki tego festiwalu. Usłyszałem wszystko co chciałem usłyszeć, przeżyłem Do you want to, Ulysses i Take Me Out. Genialnie zaprezentowali się na żywo, co było czuć dosłownie w kościach. Fantastyczna zabawa przepełniona muzyką, której nie da się nie lubić. W dodatku przeżyłem coś o czym zawsze marzyłem - surfowanie po tłumie. Przez cały koncert zdążyłem wysłać chyba z kilkanaście osób w górę i pomyślałem, że teraz szansa dla mnie. Było to przy nowym Animals & Trees, a wszystko poszło jak ze snu - sam środek tłumu, spokojna podróż na rękach publiki bez najmniejszego zawahania. Fenomenalne uczucie, wręcz nie do opisania. No i świetna droga ucieczki spod sceny - nie trzeba się przepychać. Zapytacie pewnie po co uciekać, skoro koncert tak dobry?

No cóż. M83. Jak już miałbym mieć jakiś powód to tylko taki. No i tak się złożyło, że zrezygnowałem z końcówki koncertu Franz Ferdinand, by pojawić się na Tent Stage. M83 grali w te ferie w Poznaniu i wtedy tylko obszedłem się smakiem, ale wiadomość o ich koncercie na Openerze była dla mnie genialnym niusem. Midnight City od ponad pół roku jest moim dzwonkiem na telefonie i do teraz go nie znienawidziłem, więc sami rozumiecie.. Dwa porządnie spędzone koncerty na mainie plus spacerek do sceny namiotowej i panujący tam zaduch sprawiły, że nie pchałem się już pod barierki. To nic - koncert był tak samo zajebisty w każdym punkcie. Od cudownego Intro, przez genialne Reunion i wręcz urzekającą interpretację We Own The Sky. No i przede wszystkim - Midnight City. To chyba mój ulubiony moment Heineken Open'er Festival 2012. Wykonanie, które dostarczyło niesamowitych emocji. Nic mi już wtedy nie przeszkadzało. Atmosfera była po prostu wybitna, w żadnym innym momencie podczas tych czterech dni nie usłyszałem takiego aplauzu i takiej reakcji publiczności. Po raz pierwszy byłem bliższy ogłuchnięcia od krzyków, a nie od głośników. Zespołowi też się to udzieliło - wokalista nawet nagrał wszystko z perspektywy sceny. No i to solo na saksofonie.. nie spodziewałem się, że je zagrają. Poczułem się w tym momencie absolutnie spełniony. Moim skromnym zdaniem - najlepszy koncert tej edycji.

Byli też The Cardigans, ale mogę ich oceniać tylko po wrażeniach ze spaceru od Tent Stage do własnego namiotu na polu kempingowym. Przechodząc koło sceny trafiłem nawet na My Favourite Game, a tak naprawdę tyle od nich chciałem usłyszeć. Kolejny udany dzień, w 100%.

DAY 4

Ostatni dzień koncertów. Strasznie szybko to zleciało.
No to co, może dziś przynajmniej stabilna pogoda? WRONG! Popełniłem życiowy błąd wychodząc do miasteczka festiwalowego w t-shircie i trampkach, bo już w drodze na Tent Stage złapała mnie wielka ulewa. Scena w namiocie okazała się niezłym ratunkiem przed deszczem, ale nawet gdyby warunki były idealne na plażę to i tak wybrałbym się na tamtejszy koncert Świetlików. Chciałem ich zobaczyć i mimo, że prawdopodobnie przez ten czas siedzę teraz w domu chory to wcale nie żałuję. Zwłaszcza utworów z pierwszej płyty w połączeniu z charyzmą i scenicznym stoickim spokojem wokalisty.
Szybki powrót na pole namiotowe, a tam błoto większe niż kiedykolwiek. Co więcej utworzyły się ogromne kałuże, przez które przepłynąć musiałem w moich już chyba świętej pamięci trampkach. Dobrze, że Mumford & Sons zaczęli się później, udało mi się przegapić jak najmniej. Zespół bowiem dawał sobie świetnie radę po raz pierwszy w Polsce. Nie przeszkadzała nawet złamana ręka wokalisty, a na niebie znów pojawiło się słońce. Jeden z bardziej optymistycznych momentów, no i przede wszystkim świetny występ. Bardzo miło było także usłyszeć kilka zdań łamaną polszczyzną ze sceny. Poza hitami z debiutanckiej płyty, które wprowadziły niepowtarzalny mumfordowy klimat pojawiło się też kilka nowych kompozycji zapowiadających kolejny dobry album.

Później ciężko było zdecydować co ze sobą zrobić - z koncertem The Mars Volta na mainie wygrała strefa gastronomiczna, na Janelle Monae spędziłem jedynie dwie piosenki (choć koncert był naprawdę udany), odwiedziłem także namiot i Friendly Fires. Ci ostatni byli chyba najlepszym posunięciem. Świetna impreza na Tencie, bardzo żywiołowy performance, no i bansujący wokalista - czego chcieć więcej by dobrze się bawić?

Tego dnia wszystko przebiegało jednak w nastroju oczekiwania - główną scenę tegorocznego Open'era mieli zamknąć The XX. Pod sceną taki tłum zjawił się chyba tylko na Justice czy Franz Ferdinand. Tylko, że w tym przypadku pod sceną nic się specjalnego nie działo. To był inny koncert. Zespół umyślnie wprowadził odmienną atmosferę, nie miał zamiaru zmieść sceny z powierzchni Ziemii. Zagrali po prostu swoją wspaniałą muzykę. Szkoda, że w takim tłumie ciężko było to odpowiednio skontemplować. Koncert był idealny do posłuchania. Wszystko było takie.. spokojne. Można powiedzieć, że nawet odrobinę miejscami zamulone - choćby Crystalised - tutaj prosiło się choć o gram przysłowiowego pierdolnięcia, The XX zagrali je jednak dużo bardziej majestatycznie niż na albumie. Tak było praktycznie ze wszystkimi utworami, co świetnie się sprawdziło choćby w przypadku Basic Space czy przede wszystkim magicznego Infinity. Jeszcze jedna uwaga - Intro spodziewałem się na początku, nie pod koniec..

Ostatnim moim koncertem tego festiwalu był SBTRKT. Ostatnia wizyta na Tent Stage, ostatni spacer po miasteczku festiwalowym. Prawdę mówiąc nie miałem już trochę na to siły. Trochę żałuję takiej postawy, bo party było przednie. To właśnie SBTRKT powinien zyskać miano tego klasycznego 'zamykacza' Open'era. Udało mi się trafić na moje ulubione Hold On, a także genialnie zagrane Something Goes Right.
Muzycznie to był już koniec.

DAY 5

Co tu dużo pisać? Powrót w miłej atmosferze, ostatnia udana przeprawa przez błoto, składanie namiotów i wielkie pożegnanie. Z wielkim bólem serca patrzyłem w kierunku Main Stage opuszczając Babie Doły. Wielkie muzyczne święto dobiegło końca. Z Gdyni wywiozłem wiele niezapomnianych doświadczeń. Zyskałem materiał do słuchania na całe wakacje, poznałem wielu genialnych wykonawców i niejednokrotnie muzyka mnie po prostu poruszyła. Do tego ta atmosfera.. nie wiem czy to był jeden z tych wielkich Open'erów, może ta edycja była nawet słaba, ale dla debiutanta wszystko robi niesamowite wrażenie. Myślałem, że rok temu na Coke'u było fajnie. HOF przebija jednak wszystko. Polecam każdemu, no i do zobaczenia za rok! :)


Wielkie pozdrowienia dla mojej ekipy z namiotu, bez której mój wyjazd pewnie nie miałby sensu i nie bawiłbym się ani trochę dobrze. Dzięki, że zadbaliście o wszystko i za towarzystwo!
Do tego podziękowania dla poznanych Irlandczyków, którzy w spadku zostawili nam swój.. namiot. 


+BONUS: moja pierwsza recenzja na NewAnthem: http://newanthem.pl/the-temper-trap-the-temper-trap/




środa, 20 czerwca 2012

New Anthem



Cześć, jeszcze o blogu nie zapomniałem. I nie martwcie się, nie napiszę nic o Euro. W sumie nie napiszę nic specjalnie twórczego nawet. Raczej będzie krótki komunikat z bonusem.






Pamiętacie może, że pisałem kiedyś o jakimś portalu muzycznym, na który mam niby pisać? Zapomnijcie. Mam już innego 'pracodawcę'.

www.newanthem.pl

Mam nadzieję, że tu będzie owocniej niż było to poprzednio.. niemniej jednak polecam bardzo ten portal, naprawdę super ekipa, sporo newsów, recenzje, relacje, wywiady, no i konkursy - teraz nawet karnet na Off'a można wygrać. No i coś ode mnie przeczytać. Trochę niusików już dałem, szykuje się pierwsza recenzja. Czytać, lajkować, propsować.

Nic tutaj nie pisałem już przez szmat czasu. Prawda jest taka, że w głowie cały czas mam sporo przemyśleń i innych rzeczy, którymi chętnie bym się tutaj dzielił i mam nadzieję, że w okresie nadchodzącym będę się tak nudził, że będę tu pisał naprawdę często. Obiecuję, że będzie coś jeszcze przed Openerem.

A za lojalność bonus - moja recenzja płyty KAISER CHIEFS – START THE REVOLUTION WITHOUT ME

„Niezdecydowani”

To tak naprawdę nie jest nowy album – nagrania były dostępne już w zeszłym roku na wydawnictwie „Future Is Medieval”. „Start The Revolution Without Me” to po prostu wydanie na rynek amerykański z ujednoliconą listą utworów, nowym tytułem i okładką. Pomimo to, że piszę teraz z Wielkopolski, a nie chociażby z Chicago to jednak chyba wystarczająco dobra okazja, by napisać o tym jak sobie teraz radzi Kaiser Chiefs.

Chyba wszyscy pamiętamy ich z wręcz nieśmiertelnego „Ruby”, ale aż trudno uwierzyć, że od ich debiutu mającego miejsce podczas boomu na zespoły indie rockowe mija właśnie 7 lat. Przez ten czas sporo nam się w muzyce zmieniło – gitary zostały wyparte przez syntezatory. O ile ten temat to materiał na oddzielną rozprawę, to jednak bez wątpienia brytyjska grupa nie zniosła tego najlepiej. Czy 3 lata ciszy od wydania nie najlepszego „Off with their heads” przyniosło zmiany na lepsze?

Słuchając ostatniego albumu odnoszę wrażenie, że interesujący pomysł na „Future is Medieval” w postaci możliwości stworzenia własnej okładki i samodzielnego wybrania piosenek na płytę wziął się nie tylko z wpływu ostatnio rosnącej tendencji ku personalizacji wydawnictw, ale także po prostu z braku zdecydowania. Kaiser Chiefs nie można zarzucić tworzenia na jedno kopyto – prędzej posądziłbym ich o swego rodzaju zatracenie tożsamości. Przez to jest tu trochę chaotycznie, a to męczące. Mamy tu zapędy na granie nieco ostrzejsze niż to, do którego brytyjczycy nas przyzwyczaili, ale także są tu piosenki brzmiące niemal jak Kraftwerk. I prawdę mówiąc nie jestem fanem żadnej z tych grup, a w szczególności tej romansującej z elektroniką. Na szczęście jest też kilka utworów typowo 'kajzerkowych', czy choćby coś tak nie pasującego do reszty jak kończące album akustyczne „If You Will Have Me”, które przypomina mi „Boxing Champ” i „Love's Not a Competition (But I'm Winning)” z „Employment”. Największe nadzieje daje singiel „Kinda Girl You Are”, który robi dokładnie to co potrafilły robić piosenki z dwóch pierwszych płyt – wkręca się i wywołuje uśmiech na twarzy już po pierwszym przesłuchaniu. Ale pomimo bardzo interesującego „Man On Mars”, które wydaje mi się jedynym nowym udanym eksperymentem tej płyty, oraz paru kawałków godnych zapamiętania myślę, że to wszystko to za mało. Co gorsza, to nie tylko za mało jak na Kaiser Chiefs. To za mało, żeby uznać „Start The Revolution Without Me” (lub jak kto woli „Future is Medieval”) za wystarczająco dobry album nawet bez zwracania uwagi na to kto go nagrał.

Czy będą oni coś jeszcze kiedyś warci? Nie mam prawa zabierać im szansy, nie mogę odmówić im wielkich ambicji, ale Kaiser Chiefs stali się po prostu bezpłciowi. Proponuję po prostu włączyć sobie stare dobre „Your Truly, Angry Mob” - jest to sugestia nie tylko dla Was, drogich czytelników, ale również dla panów z Leeds – może się na coś zdecydujecie.

4,5/10

niedziela, 6 maja 2012

wypowiedź szowinisty

Będę trochę kontrowersyjny. Pora na drażliwy temat, szczególnie drażliwy w moim otoczeniu ostatnim czasie. Zbieżność osób, nazwisk i sytuacji - przypadkowa.
Feminizm, szowinizm, r ó w n o u p r a w n i e n i e. Jesteśmy strasznie wyczuleni na tym punkcie. Prawie tak bardzo jak boimy się zrobić czegoś rasistowskiego - tak naprawdę w mojej opinii ten cały seksizm jest mniej więcej tym samym co rasizm tylko dotyczy innych odmienności, no i na szczęście nie prowadzi do takich poważniejszych konsekwencji, holocaust feministek nam chyba nie grozi.
W czym tkwi problem? Myślę, że poprawność polityczna nas prowadzi do zguby. Jesteśmy w takim błędnym kole. Przeczytałem dziś bardzo trafne stwierdzenie: "Feminism is the idea that we can make both sexes equal by focusing solely on the issues of one of them."
Założę się, że sporo osób nie zgodziłoby się z powyższym i owszem, może jest ono trochę uogólniające i odważne, ale jak najbardziej prawdziwe. To błędne koło, o którym mówię polega na tym, że ta cała powinność i poprawność polityczna ma na celu doprowadzenie do równouprawnienia wszystkich grup społecznych i to często za cenę zdrowego rozsądku. Robi się więc wszystko, by jednym żyło się teoretycznie tak samo dobrze jak innym, skupia się właśnie na problemach i interesach tych rzekomo pokrzywdzonych po to, aby zatrzeć pewne różnice. Doprowadzić do równości. Tylko, że to przecież paradoks. Takie działania dają tak naprawdę odwrotny skutek. W porządku, może zmiana jakiegoś prawa na takie samo dla kobiet i mężczyzn wygląda bardzo nowocześnie i prawidłowo, ale z drugiej strony to przecież pokazanie, że jedna z grup społecznych jest gorsza, jest inna, jest bardziej specjalna od tej drugiej. Nie miało czasem być odwrotnie? Jedni nie mieli być ani lepsi, ani gorsi, ani inni od drugich. Niepotrzebne są niektóre akcje i informacje. W Stanach Zjednoczonych ostatnio była sprawa z zabójstwem młodego afroamerykanina przez bodajże policjanta, rasy białej. Nie wiem dlaczego ludzi dziwi to, że pojawiło się tyle rasistowskich podejrzeń w tej sytuacji w kraju, w którym tak się podkreśla, że Barack Obama jest pierwszym czarnoskórym prezydentem. Pewnie publicyści chcą pokazać, jak rzekomo tolerancyjne stało się USA, że niegdyś zniewoleni dziś z powodzeniem rządzą najważnejszym państwem świata, ale to jest taki drobny przekaz podprogowy - 'w końcu nie jesteśmy takimi rasistami, w końcu czarnemu się udało'. Ja rozumiem, że trzeba znać historię i jej niechlubne niesnaski, ale takie podkreślanie tych różnych odmienności tylko jeszcze bardziej zakorzenia nam w umysły to, że różnice istnieją. A brakiem rasizmu nie jest tolerowanie rzekomych różnic tylko po prostu ich pomijanie. Może powiecie, że się czepiam, że sam wszędzie widzę rasizm. Nie zgodziłbym się z tym, bo to właśnie utwardzona świadomość o inności pewnych grup jest przyczyną tych groźnych przejawów nietolerancji - bo to, że kobieta nie ma szans na pracę w pewnych zawodach jest dużo mniejszą tragedią niż 77 ofiar Andersa Breivika.
Inną sprawą jest pewna hipokryzja zwłaszcza w feministycznych dążeniach. Kobiety chcą łamać stereotypy, być tam gdzie do tej pory byli tylko mężczyźni. Okej, pochwalam to, nie bądźmy już tacy staromodni, ale z drugiej strony w codziennym życiu to one pielęgnują pewne dziwne zasady. Poza tym.. czy to naprawdę Wam tak wszystko potrzebne, drogie panie? Nie zasługujecie na gorsze traktowanie (tak samo jak nie zasługuje na nie każdy mężczyzna), ale czy naprawdę tak wszystkie ciągniecie do górnictwa czy innych zawodów uznawanych za męskie i trudne? Można być poprawnym politycznie, ale pewnych rzeczy się nie da oszukać. Kobiety się po prostu do niektórych rzeczy o wiele mniej nadają niż mężczyźni. I to po prostu biologicznie. Człowiek na dłuższą metę jest po prostu ssakiem, zwierzęciem i matka natura zaprojektowała obie płci do różnych, uzupełniających się ról. I to słowo 'uzupełniający' jest kluczowe i na tym powinniśmy się opierać. Tak jak mężczyzna nie urodzi dziecka, tak kobiety nie mogą sikać na stojąco. I to, że od kilkuset lat wstecz pewną rzecz wykonywali zazwyczaj mężczyźni i to oni są do tej czynności dużo bardziej pożądani to świadczy o tym, że po prostu tak powinno być. To całe równouprawnienie jest dla mnie takim problemem bogatego świata. Problemem przekoloryzowanym i w dużej mierze powodowanym przez płeć słabszą. Jestem świadomy tego, że działa to w obie strony i nie przeszkadza mi rozszerzanie praw kobiet czy coś tylko po prostu moim zdaniem na świecie mamy wiele poważniejsze problemy, a i z tym nie potrafimy sobie odpowiednio poradzić. Poprawność polityczna nas zabija i będzie robić to tak długo, aż ludzie nie nauczą się pokory. Sam marzę o świecie jak z piosenki Johna Lennona. Z zapewnionym pokojem i dobrobytem dla wszystkich, bez rozdrabniania się na osobne dobro dla kobiet i mężczyzn, czarnych i białych, żółtych i zielonych, wysokich i niskich, leworęcznych i praworęcznych, niepełnosprawnych i zdrowych, chrześcijan i muzułamanów czy jaki kto jeszcze sobie podział potrafi wymyślić.

Zapewne wszystkie moje koleżanki czytają tego posta i czekają aż palnę coś szowinistycznego o kuchni (o ile mają tam internet). Cóż, pewnie dla niektórych ten post i tak był strasznie tendencyjny, a ja zostanę spalony na stosie. Wszystkim którzy tak pomyślą polecam odrobinę zdrowego rozsądku, pokory i dystansu. To, że śmieszą mnie żarty o kobietach w kuchni nie znaczy, że tylko tam bym je widział. To, że śmieszy mnie kawał o Żydzie, o który wszyscy się boją, że zostanie spalony nie czyni mnie antysemitą, tak samo jak chodzenie do kościoła nie czyni mnie chrześcijaninem, ani stanie w garażu nie zrobi ze mnie samochodu.
Pozdrawiam, szowinistyczna świnka.

piątek, 6 kwietnia 2012

4 lata na last.fm

Powodem dla dzisiejszego wpisu jest czwarta rocznica założenia mojego konta na last.fm - o, właśnie tego:  http://www.lastfm.pl/user/IcEnzo

No to pewnie kolejna reklama jakieś stronki? Niezupełnie. Może tak to wszystko zabrzmieć, ale tak naprawdę wcale nie o to mi chodzi. A na Music is jestem aktualnie mocno obrażony...

O co w ogóle chodzi z tym last.fm? No cóż, zawsze mam wielki problem, żeby komuś uświadomić jak fajny jest ten portal. Przecież w teorii to w zasadzie wygląda to wręcz drętwo. Słuchasz muzyki na komputerze, a przez odbywający się proces tak zwanego scrobblingu wszystko pokazuje się na Twoim profilu na stronce. Niby okej, może nawet fajne, ale jakoś niespecjalnie zachęca do poświęcenia czasu na założenie konta i ściągnięcie programu, a i na samym portalu za pierwszym razem można się trochę pogubić. I może na początku, zwłaszcza jak się nie ma znajomych, rzeczywiście last.fm wydaje się nieco bezsensowne, ale z doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że nie ma nic bardziej mylnego. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że wolę last.fm od fejsbuka.
Preferuję tutejszą społeczność, bo jest mniej pozerska, mniej sztucznie kreowana. Ludzie tu wyrażają się takimi jakimi są. Przeglądanie biblioteki na last.fm jest dla mnie o wiele ciekawsze niż stalkowanie na fejsie. I w niektórych przypadkach potrafi powiedzieć o wiele więcej. No ale tu chyba nie o to tu chodzi.. Prawdę mówiąc to chyba jedno z najlepszych miejsc w internecie, by poszerzać muzyczne horyzonty. Dostajecie propozycje, zawsze macie podanych podobnych wykonawców, no i można zgapiać od sąsiadów. Albo wpisywać jakiś tag i wybierać piosenkę wg fajności tytułu. Zdecydowanie bez last.fm nie znałbym dużej części artystów stanowiących moje upododobania.
Jednak tym co mogę powiedzieć po 4 latach jest to, że im dłużej masz konto tym bardziej jesteś dumny ze swojego profilu. Moje konto stanowi dziś wielki pomnik mojego gustu muzycznego. To taki manifest eklektyczności i okazałości tego czego słucham na co dzień na komputerze. 4 lata. W chwili pisania posta dokładnie 78 000 odtworzeń (pisanie posta przedłużyło mi się na jakieś 2 tygodnie i właśnie dobijam do granicy 79 000). 54 utwory dziennie. 567 wykonawców. Kilka statystyk, a już się czuję dużo bardziej wartościowo. Może jestem jedynym, który to tak odbiera, ale myślę, że dla każdego fana muzyki obok kolekcji nagrań drugą najbardziej budującą rzeczą powinien być obfity profil na last.fm. W moim przypadku idealnie pokazuje ewolucję mojego gustu. Widać też wpływ muzyki na wydarzenia w moim życiu. Albo to jak dwa zupełnie różne zespoły lub wykonawcy potrafią pochłonąć niemal identyczną część mojego czasu. Elbow i The White Stripes, The Kooks i The Smashing Pumpkins, The Rolling Stones i Ólafur Arnalds, Travis i Queen, John Lennon i Bob Marley, Beck i Metallica, Dire Straits i Gorillaz, Calvin Harris i System of a Down, Sting i David Gilmour - zadziwiające jak wiele z tych par stanowi albo kompletną abstrakcję poprzez nawet pojawienie się w jednym zdaniu obok siebie, albo zwyczajnie do siebie nie pasuje, a jednak w moich statystykach ze sobą sąsiadują.
Oczywiście zdaje sobie sprawę, że przy niektórych mój profil to pikuś, a to na co ja się jaram jak Londyn w 1666 roku to nic wielkiego, a wręcz normalnego. Ale to chyba też stanowi pewien smaczek, bo zupełnie się tym nie przejmuję. Mimo, że nadal dążę do poszerzania granic tego co lubię w muzyce to jednak wyznaję zasadę, że słucham najlepszej muzyki na świecie. Brzmi mało skromnie? Tak, ale przecież i Wy słuchacie tego co Wam się najbardziej podoba, czyli innymi słowy tego co uznajecie za dla Was najlepsze na świecie. No chyba, że jedynym źródłem muzyki jest dla Was Radio Planeta lub Viva. To wtedy nie macie prawa tak mówić.
I jako, że nadal jestem trochę pod wpływem mojej ulubionej sceny z 'Leona Zawodowca' to parafrazując Gary'ego Oldmana:
everyone should have a last.fm account.
- what do you mean everyone?
- EVERYONE!

P.S. wiem, że dizajn trochę ssący, ale przynajmniej nie jest takim samym schematem jaki mają wszyscy. :D


czwartek, 22 marca 2012

Ólafur Arnalds @ Blue Note, Poznań (20.03.2012)

Nie powinno mnie tam być. Nie powinienem w ogóle interesować się takimi koncertami. Przecież nawet maturę dopiero za rok piszę.. Pomimo to, że z tymi stereotypami się kompletnie nie zgadzam to wydaje mi się, że zaliczyłem już muzyczny egzamin dojrzałości. Ólafur Arnalds tworzy bowiem muzykę klasyczną w nietuzinkowy sposób wpisując się w zarys tego gatunku. Wydaje się więc, że to trudny koncert dla purystów – nic bardziej mylnego.

Najpierw jednak na scenie zagościł 'człowiek-orkiestra' czyli supportujący GRABEK. Bardzo krótki występ pokazał czego można się spodziewać także po polskiej scenie muzycznej. Wprowadził w poznańskim Blue Note niezwykłą atmosferę – atmosferę absolutnej ciszy podczas piosenek, która z małymi 'klubowymi' wyjątkami utrzymała się aż do końca.

Kiedy do fortepianu przysiadł nareszcie wyczekiwany Islandczyk to każdy kolejny dźwięk utwierdzał mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z czymś więcej niż muzyką i z kimś więcej niż artystą. Nie znam się na scenie klasycznej, nie jestem ekspertem ani wiernym słuchaczem tego gatunku, lecz to nie ma żadnego znaczenia. Każdy, kto miał okazję posłuchać Ólafura i ma choć za grosz wrażliwości wie o czym mówię. Od momentu, gdy dołączyło do niego dwóch innych panów odpowiedzialnych za instrumenty smyczkowe można było tylko zamknąć oczy i odpłynąć na fali niesamowitych dźwięków. Pojawiło się majestatyczne Poland, napisane zresztą przed rokiem właśnie w Poznaniu i poprzedzone anegdotą o polskich drogach i polskiej wódce. Widownia została uraczona też improwizacją, którą sam muzyk bardzo skromnie ocenił jako 'above average'. Punktem kulminacyjnym określiłbym niewiarygodne wykonanie piosenki 3326 przez skrzypka. Powalające.
W świetny sposób zaprezentowanych zostało kilka piosenek z nadchodzącego albumu oraz z Living Room Songs w tym znakomite Near Light.

Mogłoby się wydawać, że za takimi kompozycjami powinna stać jakaś wielka orkiestra, która na pierwszy rzut oka robi wielkie wrażenie. Ale w tym przypadku jest zupełnie przeciwnie – za wszystko odpowiedzialny jest skromny facet z uroczym akcentem opowiadający naprawdę miłe rzeczy między piosenkami, a podczas trasy koncertują tylko w trzy osoby. Ten brak takiego zimnego patosu w połączeniu z dozą elektroniki powoduje, że muzyka i atmosfera stają się bardzo przystępne. Dowodem na to jest fakt, że tego wieczoru w klubie dominowali młodzi, ale także bardzo różnorodni ludzie.

Koncert Ólafura Arnaldsa wywołał we mnie nieprzeciętne emocje. Wszyscy wrażliwi słuchacze bez problemu odnaleźli więź z każdym dźwiękiem wydobywającym się z fortepianu, skrzypiec czy syntezatora. Mało jest takich jak on artystów, których twórczość (która wydaje mi się niedoceniana) jest tak bliska znaczenia słowa „magia”.

czwartek, 15 marca 2012

Music is..

Dziś tylko taki krótki flash, a nawet powiedziałbym, że reklama.

Mam do czynienia z całkiem ciekawą inicjatywą - powstaje portal muzyczny Music is.


http://musicis.pl/

Polecam tam zaglądać czasem. Naprawdę interesująco się to wszystko zapowiada, mimo że portal stoi zaledwie kilka dni. Wygląda okazale, a przede wszystkim jest co poczytać. Newsy. Felietony. Informacje o koncertach i relacje z nich. Recenzje. Wywiady. Przede wszystkim dużo dobrej muzyki, głównie takiej, której nie znacie, a powinniście.
Reklamuję, bo naprawdę fajni ludzie w tym uczestniczą. W tym.. ja. Załapałem się i co jakiś czas można będzie nieco tam ode mnie poczytać - głównie recenzje płyt (i to takich, które sam słyszę po raz pierwszy), ale będą wpadać też newsy i pewnie parę różnych innych notek.
Co to oznacza dla tego bloga?
Cóź, nie za wiele. najalternatywniej nigdy nie miało być skupione wybitnie na muzyce, tak więc strat merytorycznych pewnie nie odnotujecie. A nawet jeśli zdarzy mi się coś ciekawego tam napisać to i tu wrzucę zapewne. Ogólnie całkiem łatwo zauważyć, że częstotliwość pojawiania się nowych wpisów na blogu nie jest zbyt wysoka i pewnie kariera redaktora nie wpłynie jakoś pozytywnie na to, ale będę się starał niezależnie od tego pisać w miarę możliwości. Bo chyba nawet wolę pisać na bloga. Może i nikt tego nie czyta, ale tutaj sam sobie rządzę. Sam sobie wybieram zakres i tematykę. Sam sobie narzucam warunki o czym i jak pisać. Do tego swoboda wyrażania w pełni swojego zdania.. w sumie już kiedyś mówiłem, że w kwestii muzyki nie można być obiektywnym, bo nie ma bardziej subiektywnie odczuwanej dziedziny życia niż sztuka, jednak na Music is będzie trochę z tym ostrożności.

Mam nadzieję, że portal się będzie rozwijał i będę miał sporo do pisania, a Wy sporo do czytania. Na dobry początek pierwsza recenzja i to od razu z serii 'nie znam się, to się wypowiem' - zespół Tennis i album "Young & Old".
http://musicis.pl/?p=759
Notabene całkiem przyjemna płytka, a tekst będzie się nam pewno milej czytało jak sobie włączycie jeszcze streama. Polecam.

A tu? Może coś motoryzacyjnego w końcu wpadnie, kto wie..
stay tuned.

P.S.
1000 wyświetleń - dzięki dzięki, na adsense sobie zarabiam :>
P.S. [2]
konia z rzędem dla tego Anonima, co pod poprzednim postem Nicka Cave'a wrzucił :>

wtorek, 28 lutego 2012

READ LOUDLY

Z natury preferuję to co starsze. Zdarza mi się też marzyć o życiu kilkadziesiąt lat wcześniej. Trochę duchowo jestem staruchem - od Aventadora wolę Miurę, od nowego Ferrari starego Jaguara, whisky też im starsze tym lepsze - co prawda w sprawach postępu technologicznego w żadnym wypadku amiszem nie jestem, no i raczej nadal mnie bardziej interesują rówieśniczki niż stare panny, ale chodzi mi głównie o muzykę. Lata 70' już nigdy nie powrócą, a co więcej wszystko co było potem ma olbrzymie problemy by się do dziedzictwa tamtego okresu choćby zbliżyć. Nie chodzi mi o naśladowanie i powielanie starych wzorców. Od lat 80' stopniowo coraz więcej elektroniki wkracza w świat muzyki. Tworzy to nam nowe horyzonty, ale wydaje mi się, że powoli zabija tego prawdziwego ducha. Dziś naprawdę trudno o coś oldschoolowego. Nawet nie mówię o muzyce typowo radiowej, ale czegoś prawdziwie rockowego ze świecą trzeba szukać nawet na.. MTV Rocks. Jeszcze parę lat temu było inaczej. To były czasy tej indie-eksplozji - może i każdy zespół brzmiał podobnie, może i nie były to jakieś wielkie arcydzieła, ale wywoływały szeroki uśmiech na twarzy. Każdy zespół miał coś w sobie, nawet jeśli była to tylko fajnie brzmiąca partia gitary. Dzisiaj toniemy w hipsteriadzie, pełnej syntezatorów i innych bliżej nieokreślonych urządzeń, a te grupy, które jeszcze kilka lat temu z sukcesem zajmowały miejsce w moich uszach teraz równie zgodnie rujnują się wymuszoną elektroniką. Jeśli chcesz posłuchać prawdziwego rocka - to nadzieja dla Ciebie zmniejsza się coraz bardziej. Bo co mamy prawdziwie gitarowego, co wyszło w ciągu kilku ostatnich miesięcy, a do tego jest noo.. na tyle popularne, abym o tym słyszał? Prawdę mówiąc przychodzą mi do głowy 2 zespoły - niezawodny Dave Grohl z Foo Fighters i moje ostatnie odkrycie - The Black Keys.

Mam parę zespołów, które uznaje za fajne i wiem, że mogą mi się spodobać, ale jakoś z bliżej nieokreślonych przyczyn ich nie słucham. Tak było właśnie z The Black Keys - miałem zapisanych ich na mojej liście 'do rozkminienia' od bardzo dawna, ale dopiero ostatni album skłonił mnie do zmiany postaci rzeczy.  Było to pod koniec ubiegłego roku i faktycznie, nie myliłem się - fajni są ci Keys'i. I tyle. Może nawet wtedy było jeszcze za wcześnie? Nie wiem, ale parę lekceważących miesięcy później odkryłem swój błąd. "El Camino" jest po prostu świetne. Zbawienie dzisiejszego rocka. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio tak głośno słuchałem muzyki. A to jest płyta, którą trzeba grać głośno. Najlepiej od początku do końca. Od genialnego, cholernie uzależniającego "Lonely Boy" (polecam teledysk - od kiedy go zobaczyłem za każdym razem przy tym kawałku tańczę jak ten pan z klipu :)) aż po zamykające "Mind Eraser". Dość brudne riffy oraz głośna, choć bardzo bluesowa linia basowa w kombinacji z tekstami to może nie jest najbardziej ambitna rzecz na świecie, ale to muzyka bardziej dla serca niż dla duszy. Zwłaszcza uwielbiane przeze mnie "Little Black Submarines", ale praktycznie każda piosenka ma coś w sobie. Coś, co poprawia mój wieczór, mój humor, nawet ten wpis będzie o wiele lepszy, tylko dlatego, że teraz mam w tle "Gold on the Ceiling". Najchętniej napisałbym teraz kilkanaście zdań o czymkolwiek - wiem, że z takim akompaniamentem Wam się na pewno spodobają. Kwintesencją albumu jest piosenka "Nova Baby", która już mi zdążyła popsuć statystyki na last.fm. Raz zapętlona nie jest w stanie zniknąć z mojej głowy i wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy żaden inny współczesny zespół nie jest w stanie mnie na dobre wykurować. Może lepiej, żeby się na festiwalach w Polsce nie pojawiali, bo naprawdę będę miał z nimi poważne problemy.

Swoją drogą - poprzednie ich albumy też niczego sobie, ale "El Camino" daje niesamowitego kopa. Może wystarczającym przykładem jest to, że to właśnie ta płyta przerwała miesiąc tutejszej ciszy. Nie sądzę, żebyście tęsknili - zwłaszcza, jeśli już sobie włączyliście The Black Keys.

Ja też urywam w tym miejscu, bo wyglądam już mniej więcej tak:

poniedziałek, 30 stycznia 2012

gotye feat. lana del rey live in stockholm

No to co z tym Gotye? Tak jest - i u mnie się pojawi. Jest też na tablicach Waszych znajomych. Leci pewnie właśnie na Trójce. Prawdopodobnie znajdziecie go też w Waszej lodówce. Razem z "feat.'em". Ale dlaczego wszystkim tak się podoba, że każdy chce się podzielić 'Somebody That I Used to Know'? Przecież to nie jest materiał na idealny komercyjny utworek. Początkowo nawet można było uznać to za muzykę niszową, alternatywną. Trójka przecież zaspokaja nieco bardziej wyszukane gusta, a to tam Belg królował najdłużej. To kolejny dowód na to, że dziś to co hipsterskie staje się prawdziwym mainstreamem. Zmierzam jednak do tego, że jakkolwiek każdy z nas by nie rzygał tą piosenką to jednak za każdym razem gdy ją usłyszy ma to specyficzne uczucie wkręcającej się melodii. Gotye może nie zasługuje na miano arcygeniusza, ale na pewno hejtowanie jego twórczości powinno być związane tylko z jej wszechobecnością, a nie jakością.

Smutne jest jednak to, że ta wszechobecność to w dzisiejszych czasach jedyna możliwość by wypromować nowy kawałek. Od pewnego czasu jesteśmy ofiarami syndromu sztokholmskiego w muzyce popularnej. Oczywiście komercyjne piosenki w większości od początku konstruowane są według prostego wzoru 'gdzieś-już-to-słyszałem', ale to nie wystarcza. Stajemy się zakładnikami radia i muzycznych telewizji - słuchamy tego co jest emitowane. A w popularnych stacjach emitowane jest to, co ma się dobrze sprzedać. Co ma się spodobać szerokiemu gronu odbiorców. I spodoba się, czy tego chcemy, czy nie.. Przy takiej częstotliwości słyszenia nowego hitu to nawet jeśli otwarcie owego muzyka nienawidzimy to po pewnym czasie trzeba ulec. Prawdopodobnie nie ma nic gorszego dla fana dobrej muzyki niż piosenka niemiłosiernie chodząca po głowie, której tak naprawdę nie znosimy, a mamy tak wielką ochotę śpiewać lub nucić.

To przecież nie na tym polega dobra muzyka. Godnego polecenia artystę możemy poznać po tym, że to słuchacze czekają na jego wydawnictwa, a nie wydawnictwa czekają na aprobatę słuchaczy. I tu pojawia się nam Lana Del Rey, bo to o niej miałem pisać. Właśnie premierę miał jej album "Born to Die". Pierwsza wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku. I o ile za zbawczynię mainstreamu w 2011 roku można uznać Adele, to zanosi się na to, że w tym roku będzie nią dla mnie właśnie Lana Del Rey.
Najpierw pojawiło się genialne "Video Games". W międzyczasie klip do "Born to Die", a i jeszcze kilku innych piosenek można było posłuchać długo przed premierą longplay'a. To w połączeniu z dość kontrowersyjnie budowanym wizerunkiem rozbudziło oczekiwaniu. Czy zostały spełnione?
Osobiście jestem spełniony już po pierwszej piosence. "Born to Die" okazuje się jeszcze lepsze niż "Video Games", dzięki któremu w ogóle usłyszeliśmy o kimś takim. Brzmi naprawdę cudownie. Z czasem zaczyna się nam robić nawet eklektycznie, choć nie do końca jestem przekonany czy w tym dobrym kierunku, bez wątpienia jednak przekonujemy się o jej genialnej barwie głosu i specyficznym stylu. To wszystko wprowadza nas w specyficzny nastrój. Naprawdę mamy okazję poczuć się dość specjalnie, inaczej niż słuchając cokolwiek innego w radiu.
Tyle, że tu pojawiają mi się wątpliwości. Czy naszym polskim prostym gustom to będzie odpowiadać?
Nowojorski klimat i niezwykły wokal to pewny sukces w USA, ale obawiam się, że Radio Zet nie zostanie zbyt szybko opanowane przez tę wokalistkę. Trochę szkoda, bo pomimo to, że sam kultu Lany Del Rey nie będę uprawiał, a "Born to Die" płytą ani odkryciem roku nie jest to miałem nadzieję, że wprowadzi trochę powiewu w mainstream. Bo takiej muzyki mogę słuchać w radiu. Choć nie z nadmiarem.

wtorek, 24 stycznia 2012

anonimowy wielbiciel

Zabawni jesteście wszyscy z tym ACTA.

Doprawdy, ilu z Was, tak rzewnie płaczących nad losem internetu i tak zaciekle protestujących ma choćby pojęcie o co dokładnie chodzi z tym ACTA?
Przyznam się szczerze, że sam dokładnie nie wiem. Choćby dlatego, że treść jest trudna do zrozumienia dla każdego z nas, ale tymbardziej jesteśmy przez to podatni na wyolbrzymienie. A myślę, że sprawa jest bardzo bardzo rozdmuchana.
Żeby nie było - jestem także otwarcie przeciw ACTA, SOPA, PIPA i innym głupim skrótom. Jak to wejdzie wszystko to się nam zrobi cholernie niefajnie w internecie. Gdyby ktokolwiek czytał mojego bloga to dzisiaj też bym go ściemnił.
Ale ile w tym wszystkim jest jeszcze prawdziwego protestu? Internauci pokazują niesamowite zgranie, to prawda. Widać, że internet ma wielką siłę przebicia, jednak jest ona bagatelizowana. Nawet teraz ten prawdopodobnie największy polski internetowy protest raczej nie ma szans przynieść czegokolwiek. Co prawda dziś wszystko uzewnętrzniło się na ulicę, ale no.. nie było to tak błyskotliwe jakby się można było spodziewać. Głównie dlatego, że bardzo duża część tych najgłośniej protestujących nie ma o niczym pojęcia. Wie tyle, że ACTA to zło i prawdopodobnie będzie mieć problem z kolejnym sezonem How I Met Your Mother. No i pornografią. I już teraz ma problemy, bo nie ma MegaVideo. Dlatego ACTA to zuooo! A co mi tam, wrzucę wszędzie 'komentarz zablokowany przez ACTA'! Ooo i jeszcze na tablicy uwielbię Anonymous, taki ze mnie zagorzały przeciwnik! Walić polski rząd! Ale jestem fajny! Co ja pacze!

Naprawdę, nie wiem czy to bardziej zabawne czy żałosne. ACTA są już tak rozdmuchane, że aż tęsknie za Gotye na wallu u każdego.
Anonymous? Od zawsze są dla mnie kontrowersyjni. Początkowo podobały mi się ich akcje, ściągnięcie kilkunastu stron rządowych jednego dnia, ale tak właściwie to.. co w tym takiego? Byliście w ogóle kiedyś na stronie Prezydenta? Premiera? Ministerstwa Obrony Narodowej? Pawła Grasia? Ja nigdy i myślę, że i zdecydowanej większości z Was te strony kompletnie nie obchodzą. Rozumiem, że tu chodzi trochę o co innego, sprawa bardziej prestiżowa, nagłośnienie problemu.. Tylko, że ja uważam, że to trochę mało efektywny sposób. Strony zaczęły działać najpóźniej następnego dnia (co prawda znowu zostały zdjęte), a żadne dane nie zostały utracone. Tylko kilku informatyków musiało wziąć nadgodziny, no i pan minister Boni nawet spotkał się z premierem Tuskiem. Sukces jak nie wiem co, Anonymous forever! <3 Śmieszne jest ten ich boski wizerunek wykreowany ostatnimi dniami przez gimnazjadę. Dzisiaj przecież co druga osoba jest z Anonymous i pewnie jeszcze się hakerem nazywa..
Kolejna sprawa - ACTA powstają od 2008 roku. Tak, wszystko było tajne - to zdecydowanie argument przeciw. Ale przecież już dobre parę miesięcy temu całość dokumentu była dostępna dla wszystkich jeszcze przed głosowaniem w Parlamencie UE. A cały internetowy szum zaczął się jakoś w przeddzień owego głosowania. To tak jakby za późno. Zdecydowanie.
Zaciekawiła mnie też wypowiedź wspomnaniego Michała Boni - 'ACTA nie zmieni polskiego prawa'.
Jeśli to prawda, no to o co ten szum? Z drugiej strony, po co je podpisywać?
Akurat osobiście nie mam specjalnie żalu do polskiego rządu. Co prawda ACTA było przeforsowane podczas polskiej prezydencji w UE, ale co do podpisania przez Polskę dokumentu to ja bym im jakoś za wiele nie zarzucał. A przynajmniej niczym się nie zadziwiał. Nasi politycy raczej na ekspertów nie wyglądają w tych sprawach, do tego w ostatnich latach nawet mieliśmy kilka przykładów 'poświęcenia' polskiego państwa dla sprawy międzynarodowej. Wystarczyło, że pan Bush poprosił, a już do Iraku leciały polskie oddziały wojskowe. Tak samo pewnie było tutaj - kto tam będzie to w ogóle czytał, podpisujemy, żeby się nie doczepili..
A może ACTA nie jest takie złe? może faktycznie nic takiego nie zmieni?
Sam jak już mówiłem jestem przeciw temu dokumentowi, ale piractwa z kolei też nie popieram. Działanie MegaVideo przez tak długi czas to i tak wielki sukces moim zdaniem, zwłaszcza w dobie choćby cenzury na YouTube. Jeśli chodzi o muzykę to artyści na nielegalnym ściąganiu piosenek cierpieli najmniej. Poza 'polskim Claptonem' czyli Z. Hołdysem  nie przypominam sobie zbyt wielu jakoś strasznie oponujących muzyków. Tak naprawdę największymi promotorami ACTA są wytwórnie filmowe i muzyczne. I to jest chyba najboleśniejszy aspekt - wszystko dla ochrony nie tzw. wartości intelektualnej, ale po prostu interesów korporacji.
Osobiście mam jednak wiele wątpliwości co do realności wprowadzenia przepisów ACTA w życie. Myślę, że na pewno zrobi to sporo zmian, ograniczy piractwo i może wpłynąć na naszą swobodę. Jednakże jednym z założeń jest kontrolowanie danych wysłanych przez nas przez dostawców internetu. Już to widzę jak nasz osiedlowy dostawca będzie przeglądał miliony przesłanych informacji w poszukiwaniu plików objętych prawem autorskim.. Pomimo zwiększenia kompetencji urzędników myślę, że strony postaci Rapidshare i bliźniacze nadal będą istnieć. Zamkną jedną, powstanie druga. Skoro teraz są w stanie istnieć, a każdy ma pełną świadomość, że łamią prawo, to po wprowadzaniu ACTA diametralnie się to nie zmieni.
No i nikt nie będzie podsłuchiwał nas i naszych znajomych. Bez przesady...


ACTA śmierdzi. Potwierdzam to i zgadzam się z tym. Ale proszę.. nie bądźcie bezmyślni i nie wierzcie we wszystko co przeczytacie na kwejku. ACTA staną się rzeczywistością i fejsbukowe akcje raczej tego nie zmienią. Zwłaszcza, że są często początkowane przez gimnazjalistów wychowanych na komixxach i demotywatorach.
nie bądźcie śmieszni. nie bądźcie żałośni.

piątek, 6 stycznia 2012

10 powodów, dla których Islandia to najfajniejsze miejsce na świecie.

Każdy z nas, bez względu na to jak wielkim patriotą by nie był, ma swoje miejsce na mapie, w którym chciałby mieszkać. Sam mam ich conajmniej kilka, ale gdybym miał wybrać jedno, które mógłbym chociaż zwiedzić, byłaby to na pewno Islandia.
Dlaczego?

1. NATURALNE PIĘKNO.
Jeśli kiedykolwiek oglądałaś/oglądałeś zdjęcia z Islandii to pewnie powyższego pytania wcale sobie nie musiałeś/aś zadawać.
Może i na Islandii nie ma najpiękniejszego miejsca na świecie (a w sumie może i jest..), ale bez wątpienia jest to kraj z największym współczynnikiem epickich obiektów naturalnych na kilometr kwadratowy powierzchni.
Weźmy na początek chociażby wulkany. Czynne wulkany. To nimi ostatnimi czasy zasłynęła Islandia uziemiając i paraliżując europejską sieć lotniczą. To oczywiście sprawiło pewne problemy kilku osobom, niemniej jednak.. czy jest coś fajniejszego od mieszkania na wyspie wulkanicznej? Brzmi groźnie..ale raczej nie ma co się obawiać, że jakaś erupcja nie tylko wysadzi naszą chatkę, ale i przyczyni się do zapowiadanego końca świata. No dobra.. jakieś 250 lat temu Laki zabiło 20% mieszkańców wyspy. Ale to i tak niesamowita sprawa, prawda?
Dla miłośników wszelkich tryskających obiektów są jeszcze gejzery. O ile większości kojarzą się one raczej z parkiem Yellowstone, to jednak tak się składa, że ich nagromadzenie tutaj jest tak duże, że samo słowo 'gejzer' pochodzi z języka islandzkiego.
Co jeszcze? Przede wszystkim lodowce. Ponoć na samej Islandii jest mniej więcej objętościowo tyle lodowców co wszystkie inne w Europie razem wzięte. Może nie wszystkich jakoś specjalnie ekscytuje taka mocno zimowa atrakcja, ale sam miałem kiedyś okazje być na lodowcu w Austrii i robi to wybitne wrażenie. A na Islandii te lodowce potrafią być naprawdę wielkie. Zwłaszcza taki Vatnajökull - zajmuje jakąś jedną dziesiątą całej wyspy. To wszystko składa się na to, że Islandia to najbogatsze w wodę państwo świata.
Ma też wiele wodospadów. Może nie tak wysokich i widowiskowych jak jakaś Niagara, ale na pewno pełnych niezwykłego uroku.
Fiordy? "fiordy to mi z ręki jadły".
Kosztem tak bogatego ukształtowania terenu jest co prawda mało interesująca roślinność, but who cares? Macie nawet renifery. I kucyki.

2. KLIMAT
Tak w zasadzie to pewnie wcale nie powinienem przywoływać tego wątku mówiąc o zaletach, bo przecież na Islandii to raczej zimno, no nie?
No niby tak, ale to dość relatywne. Jak ktoś lubi klimaty hiszpańskie to niestety Islandia raczej będzie ciężka do przeżycia. Ale porównując chociażby do Polski to nie wypada to tak źle. O ile latem może nie ma się czym chwalić, bo na islandzkich termometrach wówczas kilkanaście kresek (choć ostatnimi czasy w Reykjaviku został pobity rekord ciepła - 26 stopni), ale za to zimą mamy średnio tylko koło zera. To cieplej niż w Nowym Jorku. Nikt się może przez cały rok tu nie wygrzeje, ale na pewno nie zmarznie. Gorzej z opadami, więc je lepiej przemilczę.. :D

3. NAZWISKA

Oczywiście Islandia to nie tylko sfera geograficzna. Gdyby tak było to raczej ten post byłby zbyt nudny by mi się chciało go pisać. Równie ciekawa jest islandzka kultura.
Rzeczą niezwykle mnie fascynująca są nazwiska. Islandia jest jedynym europejskim krajem, w którym nie istnieją nazwiska rodowe. Nie ma Kowalskich, Smithów czy innych Schulzów. Tu wszystko zależy od imienia Twojego ojca.
Wiktor Michałsson - tak sam bym się nazywał. Moja córka zaś mogłaby nazywać się Danuta Wiktordóttir, a mój syn - Andrzej Wiktorsson. Dosłownie: syn Michała, córka Wiktora, syn Wiktora. Ciekawy system, choć to dosyć dziwne się tak nazywać.. ale najlepsze jest to, że Islandczykom kompletnie to nie przeszkadza. Ólafur pozostaje dla każdego Ólafurem. Zwracanie się po nazwisku jest wręcz nie na miejscu i po prostu obraźliwe. Do tego stopnia, że nawet pozycje w książce telefonicznej są uszeregowane alfabetycznie według.. imion. Jeśli szukasz numeru do pewnego Jóna Peterssona to musisz wiedzieć też czym się zajmuje, bo kolejnym kryterium sortującym jest właśnie zawód. Wszystko na opak.
Swoją drogą to musi być dosyć interesujące gdy islandzka rodzina jedzie do Europy np. na wakacje. Mąż, żona i małe dziecko. Wszyscy z innymi nazwiskami. Nie mają łatwo przy kontrolach granicznych..

4. JĘZYK

Nauczę się kiedyś islandzkiego. To mój wielki cel. Na pewno nie pomoże mi to, że to raczej trudny język. Może nawet bardzo trudny. I przede wszystkim jeden z tych niewymawialnych. Głównie przez zestaw takich śmiesznych fajnych literek, niektórych podobnych do innych skandynawskich znaków, a niektórych nie podobnych do niczego. Islandczycy są ze wszystkiego dumni, a przede wszystkim właśnie z własnego języka.  Islandzki jest jednym z najstarszych języków europejskich, w dodatku praktycznie przez 1000 lat się nie zmienił i każdy normalny mieszkaniec Reykjaviku jest w stanie odczytać księgi z jakiegoś X-XI wieku. No i najlepsze, prawdopodobnie najfajniejsze pożegnanie świata: islandzkim odpowiednikiem angielskiego 'bye bye' jest fenomenalne 'bless bless'. Zdecydowanie muszę się nauczyć tego języka.

5. GĘSTOŚĆ ZALUDNIENIA

Nie wiem czy to aż taka wielka zaleta dla wszystkich, ale jakby się tak zastanowić to chyba nikt z nas nie lubi tłumów. Na wyspie zdecydowanie nas to nie spotka. Współczynnik gęstości zaludnienia wynosi zaledwie 2,73 os/km2. Czyli na chłopski rozum w obrębie kilometra od domu mielibyście jakąś niespełna trójkę sąsiadów. Idę o zakład, że byliby to najlepsi sąsiedzi na świecie. I pewnie mieszkaliby tam od jakichś kilkuset lat, bo imigracja na Islandii praktycznie nie istnieje, a Islandczycy cechują się jedną z najdłużyszch średnich życia na świecie. Jeśli jednak te parę osób na horyzoncie to byłoby zbyt mało to macie jeszcze owce. Jest ich tyle, że na każdego mieszkańca przypadają aż mniej więcej dwie sztuki. Marzę o domku na Islandii, trzech sąsiadach w jakiejkolwiek okolicy i dwóch owieczkach w zagrodzie. Przy okazji fanom tego gatunku zwierząt polecam Nową Zelandię - 20 razy więcej niż mieszkańców.

6. NOC/DZIEŃ POLARNY

Północne, wręcz podbiegunowe położenie Islandii powoduje kolejne fascynujące zjawiska: noc i dzień polarny.
Dlaczego to taka świetna sprawa?
Noc polarna = niekończąca się impreza.. a Islandczycy lubią imprezować. No i te zorze na niebie... Co prawda trwająca ciemność może niezbyt trafić w gust uzależnionym od słońca, ale latem mamy rekompensatę. Dzień polarny.
Co ciekawe oznacza on również niekończącą się imprezę.. Islandczycy naprawdę lubią imprezować. Depresja raczej trudna tam będzie w tym czasie do złapania.

7. REKORDOWA FAJNOŚĆ

Islandczycy to naprawdę interesujący naród. Poza rekordami i osiągnięciami jakie pojawiły się wyżej, ten przecież bardzo mały kraj, może poszczycić się np. tym, że jego mieszkańcy piją najwięcej Coca-Coli na świecie. Cechuje ich też wielka inteligencja i są również najbardziej zaczytanym narodem na kuli ziemskiej. Najczęściej też chodzą do kina. Ich miłość do imprezowania nie jest tłumiona nawet przez bardzo restrykcyjną politykę alkoholową. Do 1989 roku nie można było tam kupić nawet piwa. Co prawda prohibicja już nie obowiązuje, ale napoje wyskokowe sprzedawane są tylko przez spółki państwowe i są naprawdę drogie.
Biorąc to wszystko pod uwagę naprawdę nic dziwnego, że Islandczycy tak dumni są ze swojego dziedzictwa.   A są naprawdę dumni. Zwłaszcza z literatury, głównie Sag, ale oprócz tego odnoszą się z pogardą do innych krajów nordyckich.
8. SAMOWYSTARCZALNOŚĆ

Tak naprawdę Islandia nie ma zbyt łatwo. To nieduża wyspa, w dodatku tak ukształtowana, że ponad połowę jej obszaru stanowią nieużytki. Odległość od innych państw utrudnia też handel i imigrację/emigrację - najbliżej mają do Grenlandii, ale to zdecydowanie niezbyt pomocne...
Tymbardziej wrażenie robi jak to państwo sobie potrafi ze wszystkim poradzić. Pomimo dość nieciekawego, zwłaszcza na pierwszy rzut oka, położenia to największy skarb Islandia otrzymała właśnie od natury - ma niesamowite zbiory wód geotermalnych. Jest jej tyle, że ogrzewają nimi wszystko. Miasta, domy, baseny (praktycznie w każdym domu znajduje się basen będący miejscem spotkań towarzyskich), a nawet.. chodniki, żeby zimą nie zalegał na nich śnieg.
Jakby tego było mało w specjalnych szklarniach hodowane są np. banany lub kawa. Kto by pomyślał, że to Islandia będzie europejskim liderem produkcji bananów?

9. SIGUR RÓS

Tak, zdecydowanie zasługują na osobne wyróżnienie. Najwspanialsi ambasadorzy Islandii. Najlepsi jakich jakikolwiek kraj mógłby sobie wymarzyć. To w zasadzie od nich zaczęła się moja fascynacja tą wyspą, ale wcześniej przyszedł zachwyt nad muzyką Sigur Rós. Muzyką nie dla każdego, ale muzyką niesamowicie inspirującą. Nie wyobrażam sobie możliwości, żeby taki zespół mógł pochodzić z innego państwa. Ich twórczość jest trudna do ogarnięcia (zwłaszcza nie znając języka), ale dodaje to jeszcze lepszego klimatu, a sam Sigur Rós nawet to potrafi świetnie wykorzystać. Zdarzyło im się wydać album pod tytułem "( )" zawierający 8 niezatytułowanych utworów z tekstami w języku stworzonym przez członków zespołu
'vonlenska'. Do płyty była dołączona książeczka z pustymi stronami. Słuchacz mógł tam pisać co samemu słyszy i po swojemu interpretować każde słowo. To jeden z moich ulubionych pomysłów w historii muzyki.

10. ISLANDZKA MUZYKA

Islandia to nie tylko Sigur Rós. Tak naprawdę.. nie znam żadnego przykładu złej lub słabej muzyki pochodzącej z tej wyspy. Za to mamy wręcz zatrzęsienie wybitnych artystów i wykonawców. Björk. múm. Emilliana Torrini. Jónsi. Gus Gus. No i Ólafur Arnalds. A to przecież nie wszystko.. islandzka scena muzyczna zdecydowanie potrafi przekazać przez tę sferę magię swojej ojczystej wyspy.


----


Oczywiście.. mogę się mylić. Nigdy nie byłem na Islandii, a swoją wiedzę opieram na internecie. Zanim się więc rzucicie do samolotów to mam prośbę, byście nie obwiniali mnie o demagogię jeśli się zawiedziecie. Bo myślę, że w rzeczywistości to wcale nie musi wyglądać tak fajnie. Pewnie jest zimno. Pewnie jest pusto. Pewnie jest szaro. I pewnie jest dziwnie. Nie zdziwcie się jak obyczaje tubylców będą zbyt nietypowe, albo jak zaczną zachęcać do spróbowania zgniłego mięsa rekina, zakopanego na kilka miesięcy w ziemii i oblanego moczem - bo to ponoć jedna z tradycyjnych potraw islandzkich Wikingów.

smacznego, bless bless.