piątek, 6 kwietnia 2012

4 lata na last.fm

Powodem dla dzisiejszego wpisu jest czwarta rocznica założenia mojego konta na last.fm - o, właśnie tego:  http://www.lastfm.pl/user/IcEnzo

No to pewnie kolejna reklama jakieś stronki? Niezupełnie. Może tak to wszystko zabrzmieć, ale tak naprawdę wcale nie o to mi chodzi. A na Music is jestem aktualnie mocno obrażony...

O co w ogóle chodzi z tym last.fm? No cóż, zawsze mam wielki problem, żeby komuś uświadomić jak fajny jest ten portal. Przecież w teorii to w zasadzie wygląda to wręcz drętwo. Słuchasz muzyki na komputerze, a przez odbywający się proces tak zwanego scrobblingu wszystko pokazuje się na Twoim profilu na stronce. Niby okej, może nawet fajne, ale jakoś niespecjalnie zachęca do poświęcenia czasu na założenie konta i ściągnięcie programu, a i na samym portalu za pierwszym razem można się trochę pogubić. I może na początku, zwłaszcza jak się nie ma znajomych, rzeczywiście last.fm wydaje się nieco bezsensowne, ale z doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że nie ma nic bardziej mylnego. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że wolę last.fm od fejsbuka.
Preferuję tutejszą społeczność, bo jest mniej pozerska, mniej sztucznie kreowana. Ludzie tu wyrażają się takimi jakimi są. Przeglądanie biblioteki na last.fm jest dla mnie o wiele ciekawsze niż stalkowanie na fejsie. I w niektórych przypadkach potrafi powiedzieć o wiele więcej. No ale tu chyba nie o to tu chodzi.. Prawdę mówiąc to chyba jedno z najlepszych miejsc w internecie, by poszerzać muzyczne horyzonty. Dostajecie propozycje, zawsze macie podanych podobnych wykonawców, no i można zgapiać od sąsiadów. Albo wpisywać jakiś tag i wybierać piosenkę wg fajności tytułu. Zdecydowanie bez last.fm nie znałbym dużej części artystów stanowiących moje upododobania.
Jednak tym co mogę powiedzieć po 4 latach jest to, że im dłużej masz konto tym bardziej jesteś dumny ze swojego profilu. Moje konto stanowi dziś wielki pomnik mojego gustu muzycznego. To taki manifest eklektyczności i okazałości tego czego słucham na co dzień na komputerze. 4 lata. W chwili pisania posta dokładnie 78 000 odtworzeń (pisanie posta przedłużyło mi się na jakieś 2 tygodnie i właśnie dobijam do granicy 79 000). 54 utwory dziennie. 567 wykonawców. Kilka statystyk, a już się czuję dużo bardziej wartościowo. Może jestem jedynym, który to tak odbiera, ale myślę, że dla każdego fana muzyki obok kolekcji nagrań drugą najbardziej budującą rzeczą powinien być obfity profil na last.fm. W moim przypadku idealnie pokazuje ewolucję mojego gustu. Widać też wpływ muzyki na wydarzenia w moim życiu. Albo to jak dwa zupełnie różne zespoły lub wykonawcy potrafią pochłonąć niemal identyczną część mojego czasu. Elbow i The White Stripes, The Kooks i The Smashing Pumpkins, The Rolling Stones i Ólafur Arnalds, Travis i Queen, John Lennon i Bob Marley, Beck i Metallica, Dire Straits i Gorillaz, Calvin Harris i System of a Down, Sting i David Gilmour - zadziwiające jak wiele z tych par stanowi albo kompletną abstrakcję poprzez nawet pojawienie się w jednym zdaniu obok siebie, albo zwyczajnie do siebie nie pasuje, a jednak w moich statystykach ze sobą sąsiadują.
Oczywiście zdaje sobie sprawę, że przy niektórych mój profil to pikuś, a to na co ja się jaram jak Londyn w 1666 roku to nic wielkiego, a wręcz normalnego. Ale to chyba też stanowi pewien smaczek, bo zupełnie się tym nie przejmuję. Mimo, że nadal dążę do poszerzania granic tego co lubię w muzyce to jednak wyznaję zasadę, że słucham najlepszej muzyki na świecie. Brzmi mało skromnie? Tak, ale przecież i Wy słuchacie tego co Wam się najbardziej podoba, czyli innymi słowy tego co uznajecie za dla Was najlepsze na świecie. No chyba, że jedynym źródłem muzyki jest dla Was Radio Planeta lub Viva. To wtedy nie macie prawa tak mówić.
I jako, że nadal jestem trochę pod wpływem mojej ulubionej sceny z 'Leona Zawodowca' to parafrazując Gary'ego Oldmana:
everyone should have a last.fm account.
- what do you mean everyone?
- EVERYONE!

P.S. wiem, że dizajn trochę ssący, ale przynajmniej nie jest takim samym schematem jaki mają wszyscy. :D


czwartek, 22 marca 2012

Ólafur Arnalds @ Blue Note, Poznań (20.03.2012)

Nie powinno mnie tam być. Nie powinienem w ogóle interesować się takimi koncertami. Przecież nawet maturę dopiero za rok piszę.. Pomimo to, że z tymi stereotypami się kompletnie nie zgadzam to wydaje mi się, że zaliczyłem już muzyczny egzamin dojrzałości. Ólafur Arnalds tworzy bowiem muzykę klasyczną w nietuzinkowy sposób wpisując się w zarys tego gatunku. Wydaje się więc, że to trudny koncert dla purystów – nic bardziej mylnego.

Najpierw jednak na scenie zagościł 'człowiek-orkiestra' czyli supportujący GRABEK. Bardzo krótki występ pokazał czego można się spodziewać także po polskiej scenie muzycznej. Wprowadził w poznańskim Blue Note niezwykłą atmosferę – atmosferę absolutnej ciszy podczas piosenek, która z małymi 'klubowymi' wyjątkami utrzymała się aż do końca.

Kiedy do fortepianu przysiadł nareszcie wyczekiwany Islandczyk to każdy kolejny dźwięk utwierdzał mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z czymś więcej niż muzyką i z kimś więcej niż artystą. Nie znam się na scenie klasycznej, nie jestem ekspertem ani wiernym słuchaczem tego gatunku, lecz to nie ma żadnego znaczenia. Każdy, kto miał okazję posłuchać Ólafura i ma choć za grosz wrażliwości wie o czym mówię. Od momentu, gdy dołączyło do niego dwóch innych panów odpowiedzialnych za instrumenty smyczkowe można było tylko zamknąć oczy i odpłynąć na fali niesamowitych dźwięków. Pojawiło się majestatyczne Poland, napisane zresztą przed rokiem właśnie w Poznaniu i poprzedzone anegdotą o polskich drogach i polskiej wódce. Widownia została uraczona też improwizacją, którą sam muzyk bardzo skromnie ocenił jako 'above average'. Punktem kulminacyjnym określiłbym niewiarygodne wykonanie piosenki 3326 przez skrzypka. Powalające.
W świetny sposób zaprezentowanych zostało kilka piosenek z nadchodzącego albumu oraz z Living Room Songs w tym znakomite Near Light.

Mogłoby się wydawać, że za takimi kompozycjami powinna stać jakaś wielka orkiestra, która na pierwszy rzut oka robi wielkie wrażenie. Ale w tym przypadku jest zupełnie przeciwnie – za wszystko odpowiedzialny jest skromny facet z uroczym akcentem opowiadający naprawdę miłe rzeczy między piosenkami, a podczas trasy koncertują tylko w trzy osoby. Ten brak takiego zimnego patosu w połączeniu z dozą elektroniki powoduje, że muzyka i atmosfera stają się bardzo przystępne. Dowodem na to jest fakt, że tego wieczoru w klubie dominowali młodzi, ale także bardzo różnorodni ludzie.

Koncert Ólafura Arnaldsa wywołał we mnie nieprzeciętne emocje. Wszyscy wrażliwi słuchacze bez problemu odnaleźli więź z każdym dźwiękiem wydobywającym się z fortepianu, skrzypiec czy syntezatora. Mało jest takich jak on artystów, których twórczość (która wydaje mi się niedoceniana) jest tak bliska znaczenia słowa „magia”.

czwartek, 15 marca 2012

Music is..

Dziś tylko taki krótki flash, a nawet powiedziałbym, że reklama.

Mam do czynienia z całkiem ciekawą inicjatywą - powstaje portal muzyczny Music is.


http://musicis.pl/

Polecam tam zaglądać czasem. Naprawdę interesująco się to wszystko zapowiada, mimo że portal stoi zaledwie kilka dni. Wygląda okazale, a przede wszystkim jest co poczytać. Newsy. Felietony. Informacje o koncertach i relacje z nich. Recenzje. Wywiady. Przede wszystkim dużo dobrej muzyki, głównie takiej, której nie znacie, a powinniście.
Reklamuję, bo naprawdę fajni ludzie w tym uczestniczą. W tym.. ja. Załapałem się i co jakiś czas można będzie nieco tam ode mnie poczytać - głównie recenzje płyt (i to takich, które sam słyszę po raz pierwszy), ale będą wpadać też newsy i pewnie parę różnych innych notek.
Co to oznacza dla tego bloga?
Cóź, nie za wiele. najalternatywniej nigdy nie miało być skupione wybitnie na muzyce, tak więc strat merytorycznych pewnie nie odnotujecie. A nawet jeśli zdarzy mi się coś ciekawego tam napisać to i tu wrzucę zapewne. Ogólnie całkiem łatwo zauważyć, że częstotliwość pojawiania się nowych wpisów na blogu nie jest zbyt wysoka i pewnie kariera redaktora nie wpłynie jakoś pozytywnie na to, ale będę się starał niezależnie od tego pisać w miarę możliwości. Bo chyba nawet wolę pisać na bloga. Może i nikt tego nie czyta, ale tutaj sam sobie rządzę. Sam sobie wybieram zakres i tematykę. Sam sobie narzucam warunki o czym i jak pisać. Do tego swoboda wyrażania w pełni swojego zdania.. w sumie już kiedyś mówiłem, że w kwestii muzyki nie można być obiektywnym, bo nie ma bardziej subiektywnie odczuwanej dziedziny życia niż sztuka, jednak na Music is będzie trochę z tym ostrożności.

Mam nadzieję, że portal się będzie rozwijał i będę miał sporo do pisania, a Wy sporo do czytania. Na dobry początek pierwsza recenzja i to od razu z serii 'nie znam się, to się wypowiem' - zespół Tennis i album "Young & Old".
http://musicis.pl/?p=759
Notabene całkiem przyjemna płytka, a tekst będzie się nam pewno milej czytało jak sobie włączycie jeszcze streama. Polecam.

A tu? Może coś motoryzacyjnego w końcu wpadnie, kto wie..
stay tuned.

P.S.
1000 wyświetleń - dzięki dzięki, na adsense sobie zarabiam :>
P.S. [2]
konia z rzędem dla tego Anonima, co pod poprzednim postem Nicka Cave'a wrzucił :>

wtorek, 28 lutego 2012

READ LOUDLY

Z natury preferuję to co starsze. Zdarza mi się też marzyć o życiu kilkadziesiąt lat wcześniej. Trochę duchowo jestem staruchem - od Aventadora wolę Miurę, od nowego Ferrari starego Jaguara, whisky też im starsze tym lepsze - co prawda w sprawach postępu technologicznego w żadnym wypadku amiszem nie jestem, no i raczej nadal mnie bardziej interesują rówieśniczki niż stare panny, ale chodzi mi głównie o muzykę. Lata 70' już nigdy nie powrócą, a co więcej wszystko co było potem ma olbrzymie problemy by się do dziedzictwa tamtego okresu choćby zbliżyć. Nie chodzi mi o naśladowanie i powielanie starych wzorców. Od lat 80' stopniowo coraz więcej elektroniki wkracza w świat muzyki. Tworzy to nam nowe horyzonty, ale wydaje mi się, że powoli zabija tego prawdziwego ducha. Dziś naprawdę trudno o coś oldschoolowego. Nawet nie mówię o muzyce typowo radiowej, ale czegoś prawdziwie rockowego ze świecą trzeba szukać nawet na.. MTV Rocks. Jeszcze parę lat temu było inaczej. To były czasy tej indie-eksplozji - może i każdy zespół brzmiał podobnie, może i nie były to jakieś wielkie arcydzieła, ale wywoływały szeroki uśmiech na twarzy. Każdy zespół miał coś w sobie, nawet jeśli była to tylko fajnie brzmiąca partia gitary. Dzisiaj toniemy w hipsteriadzie, pełnej syntezatorów i innych bliżej nieokreślonych urządzeń, a te grupy, które jeszcze kilka lat temu z sukcesem zajmowały miejsce w moich uszach teraz równie zgodnie rujnują się wymuszoną elektroniką. Jeśli chcesz posłuchać prawdziwego rocka - to nadzieja dla Ciebie zmniejsza się coraz bardziej. Bo co mamy prawdziwie gitarowego, co wyszło w ciągu kilku ostatnich miesięcy, a do tego jest noo.. na tyle popularne, abym o tym słyszał? Prawdę mówiąc przychodzą mi do głowy 2 zespoły - niezawodny Dave Grohl z Foo Fighters i moje ostatnie odkrycie - The Black Keys.

Mam parę zespołów, które uznaje za fajne i wiem, że mogą mi się spodobać, ale jakoś z bliżej nieokreślonych przyczyn ich nie słucham. Tak było właśnie z The Black Keys - miałem zapisanych ich na mojej liście 'do rozkminienia' od bardzo dawna, ale dopiero ostatni album skłonił mnie do zmiany postaci rzeczy.  Było to pod koniec ubiegłego roku i faktycznie, nie myliłem się - fajni są ci Keys'i. I tyle. Może nawet wtedy było jeszcze za wcześnie? Nie wiem, ale parę lekceważących miesięcy później odkryłem swój błąd. "El Camino" jest po prostu świetne. Zbawienie dzisiejszego rocka. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio tak głośno słuchałem muzyki. A to jest płyta, którą trzeba grać głośno. Najlepiej od początku do końca. Od genialnego, cholernie uzależniającego "Lonely Boy" (polecam teledysk - od kiedy go zobaczyłem za każdym razem przy tym kawałku tańczę jak ten pan z klipu :)) aż po zamykające "Mind Eraser". Dość brudne riffy oraz głośna, choć bardzo bluesowa linia basowa w kombinacji z tekstami to może nie jest najbardziej ambitna rzecz na świecie, ale to muzyka bardziej dla serca niż dla duszy. Zwłaszcza uwielbiane przeze mnie "Little Black Submarines", ale praktycznie każda piosenka ma coś w sobie. Coś, co poprawia mój wieczór, mój humor, nawet ten wpis będzie o wiele lepszy, tylko dlatego, że teraz mam w tle "Gold on the Ceiling". Najchętniej napisałbym teraz kilkanaście zdań o czymkolwiek - wiem, że z takim akompaniamentem Wam się na pewno spodobają. Kwintesencją albumu jest piosenka "Nova Baby", która już mi zdążyła popsuć statystyki na last.fm. Raz zapętlona nie jest w stanie zniknąć z mojej głowy i wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy żaden inny współczesny zespół nie jest w stanie mnie na dobre wykurować. Może lepiej, żeby się na festiwalach w Polsce nie pojawiali, bo naprawdę będę miał z nimi poważne problemy.

Swoją drogą - poprzednie ich albumy też niczego sobie, ale "El Camino" daje niesamowitego kopa. Może wystarczającym przykładem jest to, że to właśnie ta płyta przerwała miesiąc tutejszej ciszy. Nie sądzę, żebyście tęsknili - zwłaszcza, jeśli już sobie włączyliście The Black Keys.

Ja też urywam w tym miejscu, bo wyglądam już mniej więcej tak:

poniedziałek, 30 stycznia 2012

gotye feat. lana del rey live in stockholm

No to co z tym Gotye? Tak jest - i u mnie się pojawi. Jest też na tablicach Waszych znajomych. Leci pewnie właśnie na Trójce. Prawdopodobnie znajdziecie go też w Waszej lodówce. Razem z "feat.'em". Ale dlaczego wszystkim tak się podoba, że każdy chce się podzielić 'Somebody That I Used to Know'? Przecież to nie jest materiał na idealny komercyjny utworek. Początkowo nawet można było uznać to za muzykę niszową, alternatywną. Trójka przecież zaspokaja nieco bardziej wyszukane gusta, a to tam Belg królował najdłużej. To kolejny dowód na to, że dziś to co hipsterskie staje się prawdziwym mainstreamem. Zmierzam jednak do tego, że jakkolwiek każdy z nas by nie rzygał tą piosenką to jednak za każdym razem gdy ją usłyszy ma to specyficzne uczucie wkręcającej się melodii. Gotye może nie zasługuje na miano arcygeniusza, ale na pewno hejtowanie jego twórczości powinno być związane tylko z jej wszechobecnością, a nie jakością.

Smutne jest jednak to, że ta wszechobecność to w dzisiejszych czasach jedyna możliwość by wypromować nowy kawałek. Od pewnego czasu jesteśmy ofiarami syndromu sztokholmskiego w muzyce popularnej. Oczywiście komercyjne piosenki w większości od początku konstruowane są według prostego wzoru 'gdzieś-już-to-słyszałem', ale to nie wystarcza. Stajemy się zakładnikami radia i muzycznych telewizji - słuchamy tego co jest emitowane. A w popularnych stacjach emitowane jest to, co ma się dobrze sprzedać. Co ma się spodobać szerokiemu gronu odbiorców. I spodoba się, czy tego chcemy, czy nie.. Przy takiej częstotliwości słyszenia nowego hitu to nawet jeśli otwarcie owego muzyka nienawidzimy to po pewnym czasie trzeba ulec. Prawdopodobnie nie ma nic gorszego dla fana dobrej muzyki niż piosenka niemiłosiernie chodząca po głowie, której tak naprawdę nie znosimy, a mamy tak wielką ochotę śpiewać lub nucić.

To przecież nie na tym polega dobra muzyka. Godnego polecenia artystę możemy poznać po tym, że to słuchacze czekają na jego wydawnictwa, a nie wydawnictwa czekają na aprobatę słuchaczy. I tu pojawia się nam Lana Del Rey, bo to o niej miałem pisać. Właśnie premierę miał jej album "Born to Die". Pierwsza wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku. I o ile za zbawczynię mainstreamu w 2011 roku można uznać Adele, to zanosi się na to, że w tym roku będzie nią dla mnie właśnie Lana Del Rey.
Najpierw pojawiło się genialne "Video Games". W międzyczasie klip do "Born to Die", a i jeszcze kilku innych piosenek można było posłuchać długo przed premierą longplay'a. To w połączeniu z dość kontrowersyjnie budowanym wizerunkiem rozbudziło oczekiwaniu. Czy zostały spełnione?
Osobiście jestem spełniony już po pierwszej piosence. "Born to Die" okazuje się jeszcze lepsze niż "Video Games", dzięki któremu w ogóle usłyszeliśmy o kimś takim. Brzmi naprawdę cudownie. Z czasem zaczyna się nam robić nawet eklektycznie, choć nie do końca jestem przekonany czy w tym dobrym kierunku, bez wątpienia jednak przekonujemy się o jej genialnej barwie głosu i specyficznym stylu. To wszystko wprowadza nas w specyficzny nastrój. Naprawdę mamy okazję poczuć się dość specjalnie, inaczej niż słuchając cokolwiek innego w radiu.
Tyle, że tu pojawiają mi się wątpliwości. Czy naszym polskim prostym gustom to będzie odpowiadać?
Nowojorski klimat i niezwykły wokal to pewny sukces w USA, ale obawiam się, że Radio Zet nie zostanie zbyt szybko opanowane przez tę wokalistkę. Trochę szkoda, bo pomimo to, że sam kultu Lany Del Rey nie będę uprawiał, a "Born to Die" płytą ani odkryciem roku nie jest to miałem nadzieję, że wprowadzi trochę powiewu w mainstream. Bo takiej muzyki mogę słuchać w radiu. Choć nie z nadmiarem.

wtorek, 24 stycznia 2012

anonimowy wielbiciel

Zabawni jesteście wszyscy z tym ACTA.

Doprawdy, ilu z Was, tak rzewnie płaczących nad losem internetu i tak zaciekle protestujących ma choćby pojęcie o co dokładnie chodzi z tym ACTA?
Przyznam się szczerze, że sam dokładnie nie wiem. Choćby dlatego, że treść jest trudna do zrozumienia dla każdego z nas, ale tymbardziej jesteśmy przez to podatni na wyolbrzymienie. A myślę, że sprawa jest bardzo bardzo rozdmuchana.
Żeby nie było - jestem także otwarcie przeciw ACTA, SOPA, PIPA i innym głupim skrótom. Jak to wejdzie wszystko to się nam zrobi cholernie niefajnie w internecie. Gdyby ktokolwiek czytał mojego bloga to dzisiaj też bym go ściemnił.
Ale ile w tym wszystkim jest jeszcze prawdziwego protestu? Internauci pokazują niesamowite zgranie, to prawda. Widać, że internet ma wielką siłę przebicia, jednak jest ona bagatelizowana. Nawet teraz ten prawdopodobnie największy polski internetowy protest raczej nie ma szans przynieść czegokolwiek. Co prawda dziś wszystko uzewnętrzniło się na ulicę, ale no.. nie było to tak błyskotliwe jakby się można było spodziewać. Głównie dlatego, że bardzo duża część tych najgłośniej protestujących nie ma o niczym pojęcia. Wie tyle, że ACTA to zło i prawdopodobnie będzie mieć problem z kolejnym sezonem How I Met Your Mother. No i pornografią. I już teraz ma problemy, bo nie ma MegaVideo. Dlatego ACTA to zuooo! A co mi tam, wrzucę wszędzie 'komentarz zablokowany przez ACTA'! Ooo i jeszcze na tablicy uwielbię Anonymous, taki ze mnie zagorzały przeciwnik! Walić polski rząd! Ale jestem fajny! Co ja pacze!

Naprawdę, nie wiem czy to bardziej zabawne czy żałosne. ACTA są już tak rozdmuchane, że aż tęsknie za Gotye na wallu u każdego.
Anonymous? Od zawsze są dla mnie kontrowersyjni. Początkowo podobały mi się ich akcje, ściągnięcie kilkunastu stron rządowych jednego dnia, ale tak właściwie to.. co w tym takiego? Byliście w ogóle kiedyś na stronie Prezydenta? Premiera? Ministerstwa Obrony Narodowej? Pawła Grasia? Ja nigdy i myślę, że i zdecydowanej większości z Was te strony kompletnie nie obchodzą. Rozumiem, że tu chodzi trochę o co innego, sprawa bardziej prestiżowa, nagłośnienie problemu.. Tylko, że ja uważam, że to trochę mało efektywny sposób. Strony zaczęły działać najpóźniej następnego dnia (co prawda znowu zostały zdjęte), a żadne dane nie zostały utracone. Tylko kilku informatyków musiało wziąć nadgodziny, no i pan minister Boni nawet spotkał się z premierem Tuskiem. Sukces jak nie wiem co, Anonymous forever! <3 Śmieszne jest ten ich boski wizerunek wykreowany ostatnimi dniami przez gimnazjadę. Dzisiaj przecież co druga osoba jest z Anonymous i pewnie jeszcze się hakerem nazywa..
Kolejna sprawa - ACTA powstają od 2008 roku. Tak, wszystko było tajne - to zdecydowanie argument przeciw. Ale przecież już dobre parę miesięcy temu całość dokumentu była dostępna dla wszystkich jeszcze przed głosowaniem w Parlamencie UE. A cały internetowy szum zaczął się jakoś w przeddzień owego głosowania. To tak jakby za późno. Zdecydowanie.
Zaciekawiła mnie też wypowiedź wspomnaniego Michała Boni - 'ACTA nie zmieni polskiego prawa'.
Jeśli to prawda, no to o co ten szum? Z drugiej strony, po co je podpisywać?
Akurat osobiście nie mam specjalnie żalu do polskiego rządu. Co prawda ACTA było przeforsowane podczas polskiej prezydencji w UE, ale co do podpisania przez Polskę dokumentu to ja bym im jakoś za wiele nie zarzucał. A przynajmniej niczym się nie zadziwiał. Nasi politycy raczej na ekspertów nie wyglądają w tych sprawach, do tego w ostatnich latach nawet mieliśmy kilka przykładów 'poświęcenia' polskiego państwa dla sprawy międzynarodowej. Wystarczyło, że pan Bush poprosił, a już do Iraku leciały polskie oddziały wojskowe. Tak samo pewnie było tutaj - kto tam będzie to w ogóle czytał, podpisujemy, żeby się nie doczepili..
A może ACTA nie jest takie złe? może faktycznie nic takiego nie zmieni?
Sam jak już mówiłem jestem przeciw temu dokumentowi, ale piractwa z kolei też nie popieram. Działanie MegaVideo przez tak długi czas to i tak wielki sukces moim zdaniem, zwłaszcza w dobie choćby cenzury na YouTube. Jeśli chodzi o muzykę to artyści na nielegalnym ściąganiu piosenek cierpieli najmniej. Poza 'polskim Claptonem' czyli Z. Hołdysem  nie przypominam sobie zbyt wielu jakoś strasznie oponujących muzyków. Tak naprawdę największymi promotorami ACTA są wytwórnie filmowe i muzyczne. I to jest chyba najboleśniejszy aspekt - wszystko dla ochrony nie tzw. wartości intelektualnej, ale po prostu interesów korporacji.
Osobiście mam jednak wiele wątpliwości co do realności wprowadzenia przepisów ACTA w życie. Myślę, że na pewno zrobi to sporo zmian, ograniczy piractwo i może wpłynąć na naszą swobodę. Jednakże jednym z założeń jest kontrolowanie danych wysłanych przez nas przez dostawców internetu. Już to widzę jak nasz osiedlowy dostawca będzie przeglądał miliony przesłanych informacji w poszukiwaniu plików objętych prawem autorskim.. Pomimo zwiększenia kompetencji urzędników myślę, że strony postaci Rapidshare i bliźniacze nadal będą istnieć. Zamkną jedną, powstanie druga. Skoro teraz są w stanie istnieć, a każdy ma pełną świadomość, że łamią prawo, to po wprowadzaniu ACTA diametralnie się to nie zmieni.
No i nikt nie będzie podsłuchiwał nas i naszych znajomych. Bez przesady...


ACTA śmierdzi. Potwierdzam to i zgadzam się z tym. Ale proszę.. nie bądźcie bezmyślni i nie wierzcie we wszystko co przeczytacie na kwejku. ACTA staną się rzeczywistością i fejsbukowe akcje raczej tego nie zmienią. Zwłaszcza, że są często początkowane przez gimnazjalistów wychowanych na komixxach i demotywatorach.
nie bądźcie śmieszni. nie bądźcie żałośni.

piątek, 6 stycznia 2012

10 powodów, dla których Islandia to najfajniejsze miejsce na świecie.

Każdy z nas, bez względu na to jak wielkim patriotą by nie był, ma swoje miejsce na mapie, w którym chciałby mieszkać. Sam mam ich conajmniej kilka, ale gdybym miał wybrać jedno, które mógłbym chociaż zwiedzić, byłaby to na pewno Islandia.
Dlaczego?

1. NATURALNE PIĘKNO.
Jeśli kiedykolwiek oglądałaś/oglądałeś zdjęcia z Islandii to pewnie powyższego pytania wcale sobie nie musiałeś/aś zadawać.
Może i na Islandii nie ma najpiękniejszego miejsca na świecie (a w sumie może i jest..), ale bez wątpienia jest to kraj z największym współczynnikiem epickich obiektów naturalnych na kilometr kwadratowy powierzchni.
Weźmy na początek chociażby wulkany. Czynne wulkany. To nimi ostatnimi czasy zasłynęła Islandia uziemiając i paraliżując europejską sieć lotniczą. To oczywiście sprawiło pewne problemy kilku osobom, niemniej jednak.. czy jest coś fajniejszego od mieszkania na wyspie wulkanicznej? Brzmi groźnie..ale raczej nie ma co się obawiać, że jakaś erupcja nie tylko wysadzi naszą chatkę, ale i przyczyni się do zapowiadanego końca świata. No dobra.. jakieś 250 lat temu Laki zabiło 20% mieszkańców wyspy. Ale to i tak niesamowita sprawa, prawda?
Dla miłośników wszelkich tryskających obiektów są jeszcze gejzery. O ile większości kojarzą się one raczej z parkiem Yellowstone, to jednak tak się składa, że ich nagromadzenie tutaj jest tak duże, że samo słowo 'gejzer' pochodzi z języka islandzkiego.
Co jeszcze? Przede wszystkim lodowce. Ponoć na samej Islandii jest mniej więcej objętościowo tyle lodowców co wszystkie inne w Europie razem wzięte. Może nie wszystkich jakoś specjalnie ekscytuje taka mocno zimowa atrakcja, ale sam miałem kiedyś okazje być na lodowcu w Austrii i robi to wybitne wrażenie. A na Islandii te lodowce potrafią być naprawdę wielkie. Zwłaszcza taki Vatnajökull - zajmuje jakąś jedną dziesiątą całej wyspy. To wszystko składa się na to, że Islandia to najbogatsze w wodę państwo świata.
Ma też wiele wodospadów. Może nie tak wysokich i widowiskowych jak jakaś Niagara, ale na pewno pełnych niezwykłego uroku.
Fiordy? "fiordy to mi z ręki jadły".
Kosztem tak bogatego ukształtowania terenu jest co prawda mało interesująca roślinność, but who cares? Macie nawet renifery. I kucyki.

2. KLIMAT
Tak w zasadzie to pewnie wcale nie powinienem przywoływać tego wątku mówiąc o zaletach, bo przecież na Islandii to raczej zimno, no nie?
No niby tak, ale to dość relatywne. Jak ktoś lubi klimaty hiszpańskie to niestety Islandia raczej będzie ciężka do przeżycia. Ale porównując chociażby do Polski to nie wypada to tak źle. O ile latem może nie ma się czym chwalić, bo na islandzkich termometrach wówczas kilkanaście kresek (choć ostatnimi czasy w Reykjaviku został pobity rekord ciepła - 26 stopni), ale za to zimą mamy średnio tylko koło zera. To cieplej niż w Nowym Jorku. Nikt się może przez cały rok tu nie wygrzeje, ale na pewno nie zmarznie. Gorzej z opadami, więc je lepiej przemilczę.. :D

3. NAZWISKA

Oczywiście Islandia to nie tylko sfera geograficzna. Gdyby tak było to raczej ten post byłby zbyt nudny by mi się chciało go pisać. Równie ciekawa jest islandzka kultura.
Rzeczą niezwykle mnie fascynująca są nazwiska. Islandia jest jedynym europejskim krajem, w którym nie istnieją nazwiska rodowe. Nie ma Kowalskich, Smithów czy innych Schulzów. Tu wszystko zależy od imienia Twojego ojca.
Wiktor Michałsson - tak sam bym się nazywał. Moja córka zaś mogłaby nazywać się Danuta Wiktordóttir, a mój syn - Andrzej Wiktorsson. Dosłownie: syn Michała, córka Wiktora, syn Wiktora. Ciekawy system, choć to dosyć dziwne się tak nazywać.. ale najlepsze jest to, że Islandczykom kompletnie to nie przeszkadza. Ólafur pozostaje dla każdego Ólafurem. Zwracanie się po nazwisku jest wręcz nie na miejscu i po prostu obraźliwe. Do tego stopnia, że nawet pozycje w książce telefonicznej są uszeregowane alfabetycznie według.. imion. Jeśli szukasz numeru do pewnego Jóna Peterssona to musisz wiedzieć też czym się zajmuje, bo kolejnym kryterium sortującym jest właśnie zawód. Wszystko na opak.
Swoją drogą to musi być dosyć interesujące gdy islandzka rodzina jedzie do Europy np. na wakacje. Mąż, żona i małe dziecko. Wszyscy z innymi nazwiskami. Nie mają łatwo przy kontrolach granicznych..

4. JĘZYK

Nauczę się kiedyś islandzkiego. To mój wielki cel. Na pewno nie pomoże mi to, że to raczej trudny język. Może nawet bardzo trudny. I przede wszystkim jeden z tych niewymawialnych. Głównie przez zestaw takich śmiesznych fajnych literek, niektórych podobnych do innych skandynawskich znaków, a niektórych nie podobnych do niczego. Islandczycy są ze wszystkiego dumni, a przede wszystkim właśnie z własnego języka.  Islandzki jest jednym z najstarszych języków europejskich, w dodatku praktycznie przez 1000 lat się nie zmienił i każdy normalny mieszkaniec Reykjaviku jest w stanie odczytać księgi z jakiegoś X-XI wieku. No i najlepsze, prawdopodobnie najfajniejsze pożegnanie świata: islandzkim odpowiednikiem angielskiego 'bye bye' jest fenomenalne 'bless bless'. Zdecydowanie muszę się nauczyć tego języka.

5. GĘSTOŚĆ ZALUDNIENIA

Nie wiem czy to aż taka wielka zaleta dla wszystkich, ale jakby się tak zastanowić to chyba nikt z nas nie lubi tłumów. Na wyspie zdecydowanie nas to nie spotka. Współczynnik gęstości zaludnienia wynosi zaledwie 2,73 os/km2. Czyli na chłopski rozum w obrębie kilometra od domu mielibyście jakąś niespełna trójkę sąsiadów. Idę o zakład, że byliby to najlepsi sąsiedzi na świecie. I pewnie mieszkaliby tam od jakichś kilkuset lat, bo imigracja na Islandii praktycznie nie istnieje, a Islandczycy cechują się jedną z najdłużyszch średnich życia na świecie. Jeśli jednak te parę osób na horyzoncie to byłoby zbyt mało to macie jeszcze owce. Jest ich tyle, że na każdego mieszkańca przypadają aż mniej więcej dwie sztuki. Marzę o domku na Islandii, trzech sąsiadach w jakiejkolwiek okolicy i dwóch owieczkach w zagrodzie. Przy okazji fanom tego gatunku zwierząt polecam Nową Zelandię - 20 razy więcej niż mieszkańców.

6. NOC/DZIEŃ POLARNY

Północne, wręcz podbiegunowe położenie Islandii powoduje kolejne fascynujące zjawiska: noc i dzień polarny.
Dlaczego to taka świetna sprawa?
Noc polarna = niekończąca się impreza.. a Islandczycy lubią imprezować. No i te zorze na niebie... Co prawda trwająca ciemność może niezbyt trafić w gust uzależnionym od słońca, ale latem mamy rekompensatę. Dzień polarny.
Co ciekawe oznacza on również niekończącą się imprezę.. Islandczycy naprawdę lubią imprezować. Depresja raczej trudna tam będzie w tym czasie do złapania.

7. REKORDOWA FAJNOŚĆ

Islandczycy to naprawdę interesujący naród. Poza rekordami i osiągnięciami jakie pojawiły się wyżej, ten przecież bardzo mały kraj, może poszczycić się np. tym, że jego mieszkańcy piją najwięcej Coca-Coli na świecie. Cechuje ich też wielka inteligencja i są również najbardziej zaczytanym narodem na kuli ziemskiej. Najczęściej też chodzą do kina. Ich miłość do imprezowania nie jest tłumiona nawet przez bardzo restrykcyjną politykę alkoholową. Do 1989 roku nie można było tam kupić nawet piwa. Co prawda prohibicja już nie obowiązuje, ale napoje wyskokowe sprzedawane są tylko przez spółki państwowe i są naprawdę drogie.
Biorąc to wszystko pod uwagę naprawdę nic dziwnego, że Islandczycy tak dumni są ze swojego dziedzictwa.   A są naprawdę dumni. Zwłaszcza z literatury, głównie Sag, ale oprócz tego odnoszą się z pogardą do innych krajów nordyckich.
8. SAMOWYSTARCZALNOŚĆ

Tak naprawdę Islandia nie ma zbyt łatwo. To nieduża wyspa, w dodatku tak ukształtowana, że ponad połowę jej obszaru stanowią nieużytki. Odległość od innych państw utrudnia też handel i imigrację/emigrację - najbliżej mają do Grenlandii, ale to zdecydowanie niezbyt pomocne...
Tymbardziej wrażenie robi jak to państwo sobie potrafi ze wszystkim poradzić. Pomimo dość nieciekawego, zwłaszcza na pierwszy rzut oka, położenia to największy skarb Islandia otrzymała właśnie od natury - ma niesamowite zbiory wód geotermalnych. Jest jej tyle, że ogrzewają nimi wszystko. Miasta, domy, baseny (praktycznie w każdym domu znajduje się basen będący miejscem spotkań towarzyskich), a nawet.. chodniki, żeby zimą nie zalegał na nich śnieg.
Jakby tego było mało w specjalnych szklarniach hodowane są np. banany lub kawa. Kto by pomyślał, że to Islandia będzie europejskim liderem produkcji bananów?

9. SIGUR RÓS

Tak, zdecydowanie zasługują na osobne wyróżnienie. Najwspanialsi ambasadorzy Islandii. Najlepsi jakich jakikolwiek kraj mógłby sobie wymarzyć. To w zasadzie od nich zaczęła się moja fascynacja tą wyspą, ale wcześniej przyszedł zachwyt nad muzyką Sigur Rós. Muzyką nie dla każdego, ale muzyką niesamowicie inspirującą. Nie wyobrażam sobie możliwości, żeby taki zespół mógł pochodzić z innego państwa. Ich twórczość jest trudna do ogarnięcia (zwłaszcza nie znając języka), ale dodaje to jeszcze lepszego klimatu, a sam Sigur Rós nawet to potrafi świetnie wykorzystać. Zdarzyło im się wydać album pod tytułem "( )" zawierający 8 niezatytułowanych utworów z tekstami w języku stworzonym przez członków zespołu
'vonlenska'. Do płyty była dołączona książeczka z pustymi stronami. Słuchacz mógł tam pisać co samemu słyszy i po swojemu interpretować każde słowo. To jeden z moich ulubionych pomysłów w historii muzyki.

10. ISLANDZKA MUZYKA

Islandia to nie tylko Sigur Rós. Tak naprawdę.. nie znam żadnego przykładu złej lub słabej muzyki pochodzącej z tej wyspy. Za to mamy wręcz zatrzęsienie wybitnych artystów i wykonawców. Björk. múm. Emilliana Torrini. Jónsi. Gus Gus. No i Ólafur Arnalds. A to przecież nie wszystko.. islandzka scena muzyczna zdecydowanie potrafi przekazać przez tę sferę magię swojej ojczystej wyspy.


----


Oczywiście.. mogę się mylić. Nigdy nie byłem na Islandii, a swoją wiedzę opieram na internecie. Zanim się więc rzucicie do samolotów to mam prośbę, byście nie obwiniali mnie o demagogię jeśli się zawiedziecie. Bo myślę, że w rzeczywistości to wcale nie musi wyglądać tak fajnie. Pewnie jest zimno. Pewnie jest pusto. Pewnie jest szaro. I pewnie jest dziwnie. Nie zdziwcie się jak obyczaje tubylców będą zbyt nietypowe, albo jak zaczną zachęcać do spróbowania zgniłego mięsa rekina, zakopanego na kilka miesięcy w ziemii i oblanego moczem - bo to ponoć jedna z tradycyjnych potraw islandzkich Wikingów.

smacznego, bless bless.

sobota, 31 grudnia 2011

muzyczne best of 2011

Zacząłem pisać bloga. I pojawiły się schody, bo.. o czym by tu napisać?
cóż, mamy 31 grudnia. Kończy się rok. I tu polecę mainstream'em, bo zamierzam zrobić podsumowanie roku. Konkretnie muzyczne 'the best of'. Tak, wiem.. wszyscy to robią. Jednak wydaje mi się, że nie ma rzeczy bardziej zależącej od indywidualnego gustu niż muzyka. Poza tym nie trzeba się na tym znać, prawda? Sam wiem sporo o wykonawcach i gatunkach muzycznych, ale na dłuższą metę można potraktować to tylko jako ciekawostki. Nie mam pojęcia o nutach, gitarę kaleczę i lepiej żebym nie śpiewał - mimo to muzyka wydaje się być dla mnie najpewniejszym gruntem.

Ogólnie śmieszą mnie próby obiektywnego podsumowania roku. Jak można być tu obiektywnym? Poznajcie najbardziej subiektywne muzyczne podsumowanie roku - innego zresztą nie da się napisać.

To był bogaty rok. Pojawiło się sporo publikacji będących dziełem wykonawców bliskich mojemu sercu. Albo takich, którzy wydawało mi się, że są bliscy. Niestety - bardzo duża część nowowydanych albumów mnie po prostu zawiodła i zamiast się na siłę do nich przekonywać wolałem po prostu puścić sobie coś dobrze znanego, ale nadal genialnego. Cóż, wybory były trudne, jednoosobowa komisja obradowała przez całe 365 dni i podzieliła wyniki na kilka kategorii. Oto one:


ALBUM ROKU 2011
(tylko albumy mające premierę w roku 2011)




10. Ray Wilson & Stilskin - Unfulfillment
Ray Wilson to chyba jedyny artysta, na którego koncercie byłem 2 razy w ciągu dwóch lat. I jeśli będzie okazja to pójdę jeszcze chętnie kilka razy. Wykonawca bliski mojemu sercu, w dodatku przez to, że mieszka w Polsce też taki 'na wyciągnięcie ręki'. Poza tym - a może raczej przede wszystkim - nowa płyta Stilskin jest naprawdę świetna. O ile promujące 'American Beauty' to na dłuższą metę tylko taki trochę radiowy śmieć to jednak album bogaty jest w piosenki takie jak np. 'First Day of Change' czy 'The 7th Day', które mają okazję nigdy się nie znudzić.
9. Foo Fighters - Wasting Light
Fanem pana Grohla jestem od zawsze. I na pewno ten album nie jest jego największym muzycznym dokonaniem. To pewnie nie jest nawet najlepszy album Foo'sów, ale.. co to w ogóle mają być za wady? Wystarczy posłuchać. Mało zespołów robi już taką muzykę jak FF, ciężko dziś o dobrego garażowego rocka czy grunge bez cofania się do lat dziewięćdziesiątych.  'Wasting Light' robi to za nas - zwłaszcza w moim ulubionym kawałku 'I should have known' mówiącym o śmierci Kurta Cobaina. 
8. Adele - 21
"hoho, to teraz poleciał mainstreamem."
Tak, wiem. Adele leci wszędzie, naprawdę przy takich dawkach i mimo wszystko komercyjności wszyscy powinniśmy nią rzygać. Ale ja uważam, że jeśli jest jakiś powód by włączyć czasem radio to jest nim właśnie ta pani. A najlepiej to zapoznać się z całym albumem. Sam uczyniłem to stosunkowo późno, bo.. dlaczego mi nikt nie powiedział, że obok non-stop wałkowanych singli znajdę tam np. cover piosenki The Cure?  Jeszcze jest nadzieja dla muzyki popularnej.
7. Low - C'mon
Odkryłem ich sprawdzając co mnie mija przez to, że nie jadę na Off Festival (well.. nie żebym się jakoś na serio wybierał, ale jednak.). A ominęło mnie sporo. Bardzo ciężko o zespół, który potrafi wprowadzić tak niepowtarzalną atmosferę. Każda piosenka ma pewnego rodzaju ukrytą magię, a sztuką jest potrafić ją z nich wydobyć. 
6. Fink - Perfect Darkness
hm.. równie dobrze mógłbym skopiować tutaj 2 ostatnie zdania dotyczące miejsca wyżej. Ale Fink zrobił to jeszcze lepiej.  Na Sylwestra go nie polecam, ale na 1. stycznia - bardzo. I na każdy inny wieczór nadchodzącego roku - zwłaszcza te mniej lub bardziej samotne. To już taka muzyka, która wchodzi na trochę wyższy poziom niż mogłoby się wydawać.
5. M83 - Hurry up, we're dreaming
Nie znam M83, znam tylko ten album. I przez niego boję się sprawdzić ich wcześniejszą twórczość. Boję się zawodu. Ten zespół zrobił w tym roku coś niesamowitego. Na początku w tej kategorii miał być 10. Potem 7. Już awansował na miejsce 5., ale równie dobrze mógły być pierwszy. Chyba najbardziej interesująca pozycja tego roku, najbardziej różnorodna, rozbudowana i z największym ukrytym obszarem do ukrycia. Chociaż za samo 'Midnight City' mogliby się tutaj znaleźć.
4. Myslovitz - Nieważne jak wysoko jesteśmy...
Jakoś nie obchodzi mnie to, czy to najsłabszy album Myslovitz, czy może najgorszy.. Do mnie trafił idealnie. IDEALNIE. Teksty jak zwykle na pięknym poziomie. Kolejny dowód na to, że Rojek i spółka to najlepszy aktualny polski zespół. Chciałem zrobić jakąś osobną kategorię dla naszej rodzimej muzyki, ale w tym roku poza Myslovitz i Nosowską nic nie przychodzi mi do głowy. To smutne. Ale smutniej byłoby bez tej płyty.
3. R.E.M. - Collapse Into Now
Gdybym uwzględniał jeszcze wydania 'Greatest Hits' z tego roku to R.E.M. pojawiło by się jeszcze raz w czołówce, bowiem poza 'Collapse Into Now' wypuszczona została także kolekcja singli z całego okresu istnienie zespołu - bo niestety jak wiemy R.E.M. już nie istnieje. To chyba jedno ze smutniejszych wydarzeń muzycznych tego roku. Zwłaszcza jak spojrzymy na to, jak genialny album potrafili wypuścić po 30 latach grania. Potrafią brzmieć świeżo jak jacyś londyńscy indie rockowcy, ale też urzekać tak jak R.E.M. ma to w zwyczaju. Wspaniały kawał muzyki wydali, nie potrafię wskazać nawet słabych kawałków. Polecam każdemu.
2. Kasabian - Velociraptor!
'wtf, kasabian dopiero drugie?' ano, na to wygląda. Ale nie spodziewajcie się, że napiszę coś złego o tym albumie. Mógłbym napisać za to baaaardzo długi pochwalny esej. Ale chyba tego też nie będzie, choć chłopaki z Leicester dali radę jak nigdy i jak zawsze. Naprawdę cholernie fajne granie. Tuż przed premierą modliłem się, żeby mnie tylko nie zawiedli. Spełnili wszystkie moje oczekiwania, nie mówiąc o takich bonusach jak genialne 'Switchblade Smiles', jak Maluch w teledysku do 'Re-wired' czy Serge śpiewający po dinozaurowemu. Na 2012 proszę tylko o koncert w Polsce, bo chyba już wszystko inne od nich dostałem.
1. elbow - build a rocket boys!
Ale w tym roku najwięcej dostałem od elbow. I to był bardzo osobisty dar. Premiera albumu zbiegła się z ciężkim okresem w życiu i był to taki czas, że jedyne na co czekałem to właśnie ten longplay. A kiedy się doczekałem to kiedy usłyszałem słowa "we've got open arms for broken hearts, like yours my boy, so come home again" to już byłem pewien, że z elbow wszystko będzie dobrze. To coś więcej niż muzyka na największym poziomie. To najlepsze teksty i cudowne melodie. I głos Guy'a Garvey'a. Naprawdę, czego chcieć więcej niż 'lippy kids'?


SINGIEL ROKU 2011


10. Low - Try to sleep
Jedna z najpiękniejszych piosenek roku. Było już o Low przed chwilą, ale ta piosenka, wraz z teledyskiem, zasługuje na kolejne wyróżnienie. Jednym słowem - urzekające.
9. Florence + the Machine - Shake it out
Nowa Florence to też jedno z ważniejszych wydarzeń tego roku. I mnie osobiście nie zawiodła, ale na pewno nie jest tak dobra jak podczas debiutu.  Na szczęście za tego singla mogę się całkowicie wstawić - to taka Florence jakiej oczekujemy i jaką uwielbiamy. A wersja akustyczna z edycji rozszerzonej 'Ceremonials' jest epicka.
8. Björk - Crystalline
Trochę wstyd się przyznać, ale nie znam Björk mimo, iż jestem wielkim miłośnikiem muzyki islandzkiej. Ale dla pani Brzozy (bo jej imię to po islandzku właśnie 'brzoza') jakoś nigdy nie miałem okazji przysiąść. W tym roku mamy nowy album i w końcu się pokusiłem o zapoznanie z nią. I mam nadzieję, że do spotkania dojdzie w lipcu na Openerze, bo płyta jest świetna. Wydaje mi się, że ona w jakiś sposób definiuje szeroko pojętą alternatywę, a 'Crystalline' mogłoby być najalternatywniejszym hymnem mojego bloga.
7. Adele - Rolling in the Deep
O Adele też już pisałem. Mimo, że osobiście wolę 'Someone Like You' to tu znajduje się 'Rolling in the deep'.  Dlatego, że słyszałem ją pewnie z kilkaset razy, w różnych wersjach i coverach, ale za każdym razem była tak samo świetna i nie ma szans się znudzić. Najlepsza radiowa piosenka roku.
6. Ed Sheeran - The A Team
Ten rudy pan też ciekawie zadebiutował w tym roku. A ta piosenka jest niesamowita, bardzo dobitna i bardzo smutna. Brzmi jak wykonana przez kogoś, kto ma na koncie trasy po całym świecie, międzynarodową sławę i wielkie doświadczenie. I do tego nie brzmi jak każda inna. 
5. Foster the People - Pumped up Kicks
Kolejny mainstream. Pytanie 'znacie to?' byłoby raczej retoryczne. Jednak czy jest piosenka bardziej nastrajająca pozytywną energią? Aż chce się pokicać i pośpiewać. kic kic. 
4. The Strokes - Under Cover of Darkness
Jedyny pozytywny akcent od Strokes'ów w tym roku. Nowy album jest niestety bardzo słaby, nie mają szans zbliżyć się do poziomu z debiutanckiego 'Is This it', ale ta piosenka brzmi jak wszystko to co najlepsze stworzyli w pigułce. Bardzo uzależniająca to pigułka. Prawdopodobnie najciekawsza partia gitary roku.
3. The Horrors - Still Life
Horrorsi to też odkrycie tegoroczne, ale tak naprawdę zatrzymałem się tylko na tym singlu. Uwielbiam go. I kocham go słuchać oglądając też teledysk. Nie wiem czy jako zespół są warci coś więcej - wystarczy mi tylko 'Still Life'. Absolutnie genialne.
2. Kasabian - Switchblade Smiles
Znowu Kasabian tylko drugie? Znowu nie pasuje mi tu to 'tylko'. Bo z 'Velociraptor!' mogę wybrać jeszcze kilka kawałków do tej dziesiątki. Wybór padł na 'Switchblade Smiles' - jedną z najbardziej interesujących piosenek w karierze Kasabian. To coś innego niż inne piosenki na tej płycie. Niż inne piosenki tego zespołu. Coś innego niż kiedykolwiek mieliście okazję posłuchać. Jedyną piosenką, która wkroczyła na takie dobitne rejony było 'Vlad the Impaler'. A Switchblade Smiles wraz z teledyskiem jest chyba nawet lepsze.
1. M83 - Midnight City
Jeszcze niedawno nie miałem pomysłu na pierwsze miejsce. Ale w sieci pojawiło się nagranie z występu M83 w Carson Daly (macie je powyżej) i za każdym kolejnym, już chyba tysięcznym przesłuchaniem przechodzą mnie takie same ciary. Nie chcę tu się rozpisywać. Mam nadzieję, że to poczujecie - tylko wówczas mnie zrozumiecie.




TELEDYSK ROKU 2011


3. Kasabian - RE-WIRED
(za CLS 63AMG, za Escorta Cosworth i przede wszystkim za Malucha! <3)
2. The Horrors - Still Life
(bo mało kto potrafi robić tak przyjaźnie psychodeliczną muzykę i teledysk)
1. Radiohead - Lotus Flower
(nowe Radiohead ssie. ale ten lunatyczny taniec Thoma Yorke'a to absolutne zwycięstwo tego roku.)


ZAWÓD ROKU 2011
tak.. ta kategoria mogłaby być bardzo obszerna. Kilku albumów wręcz nie zauważyłem, mimo że zasłuchuję się w poprzedzajęce longplaye. Jednak pierwsza trójkę łatwo było wybrać.


3. The Strokes - Angles
Uwielbiam Strokes'ów. 'Is this it' to płyta dekady. Jednak boli mnie bardzo to, że nigdy nie byli w stanie się już do niej zbliżyć. Kolejne albumy są coraz gorsze. 'Angles' to chyba apogeum. Widać, że Julian Casablancas rozpaczliwie zaczął poszukiwać jakiś elektronicznych klimatów, a to niestety najgorsze co mógł zrobić. Poza jedynym powrotem do korzeni w 'Under Cover of Darkness' mamy tylko jakąś papkę, która kompletnie nie zachęca do niczego. Nie sądziłem, że będę zmuszony aż tak wzgardzić tym zespołem.


2. Red Hot Chili Peppers - I'm With You
Josh Klinghoffer ssie. I dlatego RHCP ma u mnie nagrodę fail'a roku. I dlatego też pewnie nie pojadę w lipcu na Bemowo. I dlatego I'm With You to moim zdaniem kompletne nudy. 'The Adventures of Rain Dance Maggie' ratuje tylko linia basowa Flea. Płyta kompletnie bez wyrazu, nie czuć, że to Red Hoci. Nowy gitarzysta nie ma szans zastąpić Frusciante. Nikt go chyba nie zastąpi.


1. Coldplay - Mylo Xyloto
Bezapelacyjnie. 
Coldplay jest dla mnie bardzo ważnym zespołem. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić o czym myślał Chris Martin podczas tworzenia tego albumu. Prawdopodobnie tylko o pieniądzach. Za piosenkę z Rihanną powinno mu się zrobić krzywdę. Już 'Every Teardrop is Waterfall' przyprawiało mnie po 2 dniach o niestrawność, ale to dopiero jest rekord. Nie wiem czy będzie jeszcze kiedyś szansa do powrotu do starego wizerunku, genialnego Coldplay, urzekającego Coldplay, Coldplay dla duszy. Teraz mamy tanie Coldplay, kiczowate Coldplay, sprzedające się Coldplay, nudne Coldplay. A najgorsze jest to, że osiągną jeszcze większy sukces niż zwykle. Bo syntezatory się sprzedają. I może teraz 'Paradise' się Wam fajnie wkręca, ale za rok nie będziecie o tym pamiętać. Coldplay pewnie będzie tworzyć z Maroon 5, a ja będę siedział w tym samym miejscu mając nadal w głośnikach 'X&Y' i mam nadzieję, że również będę pisał. 
(pozdrawiam Adama, którego obiecałem pozdrowić, ale się nie zna, bo mu się Mylo Xyloto podoba:D)


ODKRYCIA ROKU 2011




3.Ali Ferguson
Jego płyta 'The Windmills and the stars' to jedna z może mniej znanych, ale za to najbardziej ciekawych pozycji. Gość jest gitarzystą u Raya Wilsona, ale w 'Coincidence is no accident' chyba nawet z nim wygrywa.  Genialny klimat.


2. Fink
Wydaje mi się wręcz niewiarygodne, że wcześniej nie znałem tak interesującego artysty. Pisałem o nim już trochę wyżej, ale Fink to dużo więcej niż 'Perfect Darkness'. Ma bardzo bogatą twórczość, która w całości jest godna wszelkiej rekomendacji, najlepszej rekomendacji na nowy rok.


1. Ólafur Arnalds 
To zdecydowanie moje odkrycie roku. Islandzki multiinstrumentalista, minimalista, przegeniusz. Potrafi przenieść duszę w jakieś niesamowiecie magiczne miejsce używając głównie tylko pianina i skrzypiec. A to dwa najwspanialsze instrumenty tworzące muzykę. I ponoć w marcu ma być w Poznaniu. Wiem, że póki co nie ma chętnych, ale.. posłuchajcie. Ktoś z Was na pewno zmieni zdanie. Ta muzyka potrafi nawet więcej niż zmienić opinię, może zmienić gust muzyczny i światopogląd - tak zadziałało na mnie.




ZESPÓŁ ROKU 2011
1. PINK FLOYD
2. ELBOW
3. KASABIAN
..bo po prostu tego najwięcej słuchałem ;)


----


Nadzieje na 2012? 
może Damon Albarn. Gość zawsze potrafi zaskoczyć każdym projektem, a że ostatnio chodzą słuchy o reaktywacji Blur - to właśnie oni są moim noworocznym marzeniem.
Do tego chciałbym zaliczyć jak najwięcej udanych koncertów - nieważne kogo. W tym roku byłem na Kanye West i był to mój koncert życia, a jak widzicie.. rapu nie słucham.
W tym roku nauczyłem się też, że dobra muzyka wykracza poza gatunki, poza to co jest łatwe do przyjęcia, poza to czego powinno się słuchać, a nawet poza wykonawców. Dlatego nie trzymajcie się jednego nurtu - za wiele przegapicie. ;)


to by było na tyle, zapraszam do dyskusji w komentarzach i do przedstawiania swoich typów. Jestem nimi bardzo zainteresowany, bo swoich już nie zmienię.










na nowy, 2012 rok wszystkim życzę wszystkiego co najlepsze i spełnienia wszystkich marzeń i postanowień.





piątek, 30 grudnia 2011

pierwsze wejście.

Zastanawialiście się kiedyś, który dzień w roku ma najmniejsze znaczenie? Właśnie zdałem sobie sprawę, że ten dzień mamy dzisiaj. 30 grudnia - najmniej znaczący dzień w roku. Dzień najmniej nam wszystkim potrzebny. Dzień z prawdopodobnie najmniejszą ludzką aktywnością w całym roku. Dzień, który nie jest w stanie wywrzeć wpływu na nasz rok - ani stary, ani nowy. Dziś jest już za późno na to, by zmienić naszą opinię o roku 2011. Oczywiście, czasem jedna doba potrafi zmienić zupełnie wszystko, ale to już jest czas, w którym mamy świadomość, że jest już na to za późno. W dodatku, mimo to, że myślami jesteśmy już w 2012 to tak naprawdę dziś nie mamy szans na niego bezpośrednio wpłynąć - mamy w końcu nadal stary rok. Kolejną z głównych przyczyn takiego braku znaczenia tego dnia jest dzień kolejny. Ostatni. Sylwester, 31. grudnia. Nikt nie świętuje czegoś przedostatniego, ważny jest tylko pierwszy i kończący. Dziś polega w zasadzie tylko na czekaniu na jutro. Ta ważność dnia kolejnego zabija wszelką aktywność doby dzisiejszej. Wszyscy myślą o nadchodzącej imprezie, o tym, że jutro kończy się rok.
- idziemy na imprezę/napić się/zrobić cokolwiek/zrobić dziecko/popełnić zbrodnię?
- daj spokój, przecież jutro Sylwester...

Co więcej wydaje się, że nie jestem osamotniony w tym stanowisku, bowiem właśnie teraz na wyspach Samoa oraz Tokelau następuję zmiana strefy czasowej - znajdą się po drugiej stronie linii zmiany daty. Dzieje się to poprzez.. pominięcie w kalendarzu daty 30 grudnia. To dopiero interesujące. Mogli przecież wybrać każdy inny dzień w roku, nawet najlogiczniej byłoby ominąć Sylwestra i świętować Nowy Rok dzień wcześniej.. ale nie. To 30 grudnia jest najmniej znaczącym dniem w całym roku.


Dlatego to też właśnie dziś zdecydowałem, że założę swojego bloga. Obnosiłem się z tym zamiarem już przez pewien czas. Nie mam pojęcia czy jestem w tym dobry. Raczej nie czytam innych blogów. Nie wiem jak zdobyć popularność, ale z drugiej strony.. wcale nie o popularność mi chodzi. Będę pisał nawet dla siebie. Będę pisał o wszystkim i o niczym. Będę mówił o tym, o czym wszyscy wiedzą, ale też o tym co jeszcze nikomu nie przyszło do głowy. Pojawią się tematy patetyczne, ale i takie wręcz trywialne. Wszystko będzie przedstawione dokładnie po mojemu - najalternatywniej.