sobota, 11 maja 2013

mercedes-benz

No to dla odmiany zrobiło się motoryzacyjnie. I dobrze. Tym razem tekstowo raczej zwięźle: otóż na Ziemi Konińskiej odbył się ogólnopolski zlot Mercedesów W201 i W124. Baza zlotu była bodajże w Mikorzynie, ale jednym z punktów programu był pokaz samochodów na naszych Bulwarach Nadwarciańskich. Trzeba przyznać, że aut pojawiło się naprawdę wiele, aż ciężko było je wszystkie uchwycić. Ogólnie jednak były to Mercedesy wszystkiego rodzaju - poza W201 i W124 było kilka 'beczek', E-klas, A-klasa i silna reprezentacja lokalnych klasyków, która dla mnie stanowiła największą ozdobę zlotu. Oczywiście, nie wolno zapominać o 500E i tym podobnych, ale to raczej gratka dla miłośników modelu - sam wielkim wyjadaczem mercedesowym nie jestem, ale fajnie było popatrzeć, zwłaszcza, że większość aut rzeczywiście była w stanie, którym można się chwalić. No i przede wszystkim naprawdę fajnie, że coś się u nas dzieje. Chciałbym bardzo, by nie była to ostatnia motoryzacyjna impreza w tym miejscu, bo trzeba przyznać, że tu chyba nasz 'ukochany' Konin prezentuje się najlepiej, wręcz zaskakująco dobrze. Trochę zdjęć postrzelałem, jak widać aura iście majówkowa, ale w sumie wypada się pochwalić, że się jeszcze takimi rzeczami interesuję.
























niedziela, 21 kwietnia 2013

bella machina

Podobno marzenia się spełniają. Jakkolwiek kontrowersyjne i różnorako rozumiane jest to stwierdzenie to mogę się z nim zgodzić. Wszystko zależy od tego o czym się marzy. O pokój na świecie może być zbyt trudno. Z drugiej strony wiele rzeczy wcale nie jest dla nas tak nieosiągalnych jak się może wydawać. Byłem na Lazurowym Wybrzeżu, byłem na koncercie Kasabian, a teraz mam swój samochód. Kiedyś to wszystko było dla mnie trochę jak z innej bajki. W dodatku tym samochodem jest Alfa Romeo - czyli auto marki, która wywoływała u mnie emocje od zawsze. I pomimo, że w Top Gear zawsze mówili, że każdy petrolhead musi mieć w życiu przynajmniej jedną Alfę to nie sądziłem, że uda mi się to tak szybko.

No i jest - Alfa Romeo 147. Tak naprawdę moje już trzecie auto w życiu, ale w zasadzie pierwsze na poważnie i nie tymczasowo. Model 2005, choć według VIN wyprodukowany pod koniec 2004 roku, tak więc sam początek serii po liftingu. Napędzany przez silnik diesla: 1.9 JTD w wariancie 115-konnym. Przebiegu aktualnie już ponad 137 tysięcy kilometrów, z czego niemal 136 tysięcy zrobione były przez niejaką panią z Luksemburga, bo tam wcześniej mieszkała moja Alfa. Do suchych danych jeszcze słówko o wyposażeniu - 5 drzwi, czerwona skórzana tapicerka, automatyczna klima, tempomat, radio, elektryka i kilka bajerów. Co tu dużo mówić - to nawet więcej niż potrzeba. Dokładnie czegoś takiego chciałem - auta klasy kompakt z odpowiednią dozą oryginalności, fajnym dizlem i przyzwoitym wyposażeniem. Trafiłem idealnie, bo Alfa Romeo robi samochody, które mają jeszcze jeden bonus - duszę. I to naprawdę czuć.

Nie chcę tutaj pisać jakiś peanów na cześć 147, bo nie oszukujmy się - doświadczenie motoryzacyjne nadal mam dość małe. Najbardziej sensowne wydaje się porównywanie Alfy do Citroena C4, którego mają moi rodzice i często zdarza mi się z niego korzystać. "Cytrynie" niczego nigdy nie mogłem zarzucić - to naprawdę fajne, ładne rodzinne auto, którym jeździ się przyjemnie i bardzo ekonomicznie. Niczego jej nie brakuje. Tyle, że Alfa to tak jakby inny poziom. Finansowo to tak naprawdę podobny pułap i osobiście nie uważam 147 za model ekskluzywny, ale to auto potrafi zrobić wrażenie. Nie można odmówić mu stylu i polotu. Nie chodzi jednak tu o żaden lans, bo najfajniej ma po prostu kierowca. Samochód zrobiony właśnie dla niego. Daje nieograniczoną radość z jazdy. Dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z Alfą Romeo te wszystkie opowieści jej miłośników mogą wydawać się przesadzone lub dziwne. Też mogłem być wcześniej sceptyczny, zwłaszcza po długich bezowocnych poszukiwaniach, kiedy to nawet zaczęły mi się udzielać antyalfowe stereotypy, jednak przejażdżka wszystko zmieniła. Prowadzenie tego auta jest inne niż wielu samochodów tej klasy. Jest nisko i sztywno, wręcz na sportowo - czyli po prostu fajnie. Od teraz przejechanie ronda sprawia mi przyjemność, której takie C4 nie miało prawa dać. Oczywiście z drugiej strony taka charakterystyka zawieszenie przynosi braki w komforcie - każdy przejazd przez dziurawe konińskie ulice potrafi wprowadzić mnie w depresję. Na szczęście fotele są na tyle wygodne, że żadna trasa nie jest męcząca. Jeśli chodzi o codzienne użytkowanie to na razie nie mam się do czego przyczepić. Świetny jest też silnik. Jednostka znana i lubiana, spotkać ją można w wielu Fiatach. Z Alfą radzi sobie naprawdę wybornie. Moc nie jest porażająca, ale dla mnie wystarczy aż nadto. W rzeczywistości prędkości może brakować tylko w sytuacjach, które w życiu codziennym raczej się nie zdarzają lub nie powinny się zdarzać. Dobre osiągi idą także w parze z wysoką kulturą pracy. W trasę Alfa jest dużo lepsza od C4 nie tylko pod względem dynamiki, ale też choćby hałasu w środku. No i spalanie nie jest tragiczne - w trasie to 5,5-6l/100, w mieście życzyłbym sobie trochę mniej, ale średnio wychodzi około 7,5l/100 km. Oczywiście wszystko zależności od ciężaru prawej stopy kierowcy.

Eksploatacyjnie na razie ciężko mi się wypowiadać - przez miesiąc jeszcze mi się nic nie zepsuło i naiwnie myślę, że tak pozostanie jeszcze przez pewien czas. W planach mam przede wszystkim dbać o ten samochód. Wychodzę bowiem z założenia, że jeśli się auto otacza odpowiednią opieką, to nieważne ile chodzi stereotypów i jak wyglądają rankingi niezawodności, ale auto psuć się nie powinno. Mam nadzieję, że Alfa będzie robić to do czego jest stworzona przy okazji dając mi tyle radości ile daje teraz. Póki co polecam każdemu, o ile oczywiście nie trafi się na minę. Wydaje mi się, że ja wybrałem całkiem udanie. Na zużycie bynajmniej nie mogę narzekać, nawet skóra trafiła mi się zupełnie niezniszczona. Pojeździmy, zobaczymy.


Załączam zdjęcia z mojej minisesji, którą w końcu udało mi się ogarnąć. I nawet trafiłem w bardzo urodziwe miejsce, ledwie półtora kilometra od mojego domu.









































poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Motor Show

Był taki czas dawno dawno temu, że targi motoryzacyjne w Poznaniu były naprawdę wielką imprezą. Rangą oczywiście daleko było do Genewy, ale można mówić nawet o europejskim poziomie. Potem, na początku XXI wieku impreza niemal zniknęła z kalendarza. Owszem, coś tam się w Poznaniu co roku odbywało, ale czasem bliżej było tam więcej ciągników rolniczych niż samochodów. Ostatnimi czasy poznańskie targi odzyskały swój wigor. To jeszcze nie jest ten najwyższy możliwy poziom, ale stały się na tyle atrakcyjne, że błędem było je ominąć.

Ogólnie Motor Show jest jedną z większych imprez odbywających się na MTP. Samochody poustawiane były na kilku dużych halach, swoje miejsce miały też motocykle i firmy specjalizujące się w częściach motoryzacyjnych. Także na parkingu co nieco się działo. Targi trwały przez cały weekend: od czwartku, kiedy to można było wejść tylko na VIPowskie lub prasowe akredytacje, aż do niedzielnego popołudnia. Ja na imprezę zawitałem w sobotnie południe - czyli prawdopodobnie okres szczytu odwiedzających. Było to niestety dość uciążliwe. W związku z tym nie zrobiłem zbyt wielu zdjęć, a i oglądanie było utrudnione, zwłaszcza przy stoiskach największych marek. Trochę się ich nawet znalazło - była bogata reprezentacja Ferrari, wszystkie modele pokazało Porsche, Rolls-Royce wystawił dwie sztuki Ghosta, pojawił się nawet Wiessmann, a wśród różnych stoisk spotkać można było pojedyncze sztuki Maserati czy Lamborghini. Jak na Polskę było więc naprawdę porządnie. Owszem, jakby się chciało to możnaby trochę marudzić. A to, że nie było Aston Martina, który ma przecież w Polsce swój salon, ani żadnej oficjalnej reprezentacji Lamborghini, no i że praktycznie większość samochodów można spokojnie trafić na polskich drogach. No i nie było Dacii.

Okiem szarego Kowalskiego (nie mylić z szarym Smogórem) była to naprawdę fajna okazja, by sprawdzić co aktualnie w trawie piszczy na rynku motoryzacyjnym. Można było sobie pooglądać, a do większości nawet wsiąść - o ile nie było to Porsche, bo wcześniej trzeba było swoje odstać w długiej kolejce. Sam wyrobiłem sobie trochę zdanie o wielu nowych modelach. Niektóre mnie zaskoczyły, inne zawiodły. Szeroką gamę samochodów pokazała grupa Volkswagena. Jednak zamiast rozpisywać się o Audi RS5 wolałbym zwrócić uwagę na Skodę. Nowa Octavia jest naprawdę cholernie porządnym samochodem. To już nie jest Passat dla ubogich. To już jest pełnoprawny Passat, tyle że pozbawiony nieco snobistycznej otoczki. Naprawdę nie wygląda na samochód, którego ceny zaczynają się od 60 tysięcy złotych. Citigo tudzież VW Up! to dla mnie jednak niezbyt zachwycające samochody, które poziomem niewiele odbiegają od mojego Cinquecento, a nawet w Fiaciku mam więcej miejsca z tyłu (pewnie dlatego, że nie mam tylnej kanapy..). O wszystkich innych samochodach na pierwszej hali praktycznie wszystko zostało już powiedziane, o Porsche nie będę wspominał, bo ani Panamera ani Cayenne mi się nie podobają, a 911 każdy wie jakie jest, bo jest identyczne od 40 lat. Dalej w programie był parking, na którym odbywał się... zlot wieś-tuningowców. Była Calibra z odpowiednio wielkim wydechem, Golfy, z których każdy zglebiony był na swój sposób, Opel Astra w czarnym macie, Cinquecento, Seicento i parę innych domorosłych 'bolidów'. Było też Audi 80 szczelnie otoczone przez grupę 100 osób - do dziś nie wiem dlaczego.

Kolejna hala przywitała nas różnymi..wozami strażackimi. Niestety i tu kolejki do miejsc w środku były długie, tylko średnia wieku spadła niebezpiecznie nisko poniżej 7 lat. Tu nie było już tak rozlegle, a główną atrakcję stanowiły przeróżne auta biorące udział w wyścigach. Od rajdowego Malucha, przez BMW E21 w barwach Jagermeistera, Lancię Deltę, gokart, Radicala aż po Nissany do drifty i wyścigowego Golfa, którym nawet trochę pohałasowali. No i była Dacia! Dacia Duster należąca do Straży Miejskiej..

Na głównej hali zbiór samochodów był naprawdę przepastny. Trudno się rozpisywać nad każdym stoiskiem, bo było bardzo dużo Mitsubishi, Suzuki, Toyot i Fordów. Była też Kia, Peugeot, Lancia, Jeep i Fiat. Powiem tylko, że Kia mogłaby zaprezentować Picanto, które ma jakiekolwiek wyposażenie, a nie takiego golasa. I że do Fiata 500 mieszczą się 4 osoby. A do Lancii Voyager chyba ze 40. I była naprawdę całkiem fajna. Zanim przejdę do oczywistości jeszcze słówko o kąciku marek specjalizujących się w pojazdach na kategorię B1/Am/czy jak to się teraz nazywa. "Auto dla 14-latka" - brzmiała szumna reklama. Z określeniem "auto" jednak byłbym ostrożny. Słyszałem wiele historii o pudełkach typu Aixam czy Microcar, głównie od mojego instruktora nauki jazdy, ale traktowałem je z przymrużeniem oka. Po kontakcie z jednym z takich pojazdów muszę jednak powiedzieć, że to jest jakaś pomyłka. Zbudowane z plastiku, ale nie takiego z jakiego jest np. Corvette, lecz z takiego z jakiego robi się wiadra. Albo łopatki do piaskownicy. Nic w tym samochodzie nie było dobrze spasowane. Miałem wrażenie, że jak go za mocno dotknę to zaraz się rozsypie, tak jakby był zbudowany z niepasujących do siebie klocków. Dźwięk zamykania drzwi przyjemniejszy byłby nawet w stodole albo w luku transportowym B52. Za to z przyjemnych niespodzianek: TVN Turbo postawiło u siebie moje ukochane Audi RS4, Top Gear zaś pokazał piękną parkę Maserati - śliczne GranTurismo Sport oraz po prostu niebiańskie 3500GT. Auto moich marzeń. Mógłbym całą sobotę kontemplować jego linię nadwozia i wszystkie detale. Kiedyś sobie takiego na pewno kupię. Syrena Sport też zawsze mile widziana. Tak jak wspominałem był też Wiessmann, który przywiózł dwa modele robiące naprawdę dobre wrażenie, zwłaszcza na tych nieco mniej obeznanych w temacie. Na Java Car Design też nie można raczej narzekać - mieli u siebie Californię, Gallardo, Phantoma i dwie 911tki, w tym 912. Problem w tym, że na poznańskiej publiczności większe wrażenie robiły hostessy, które jednak jak na mój gust były odrobinę wyuzdane, co by użyć pewnego eufemizmu. Na szczęście dalej był Jaguar i auto będące kolejnym moim faworytem targów - Jaguar F-type. Fantastyczny roadster i prawdziwy Jaaaaaaag. Dopisuję do listy pod tytułem "Co bym kupił gdybym bym naprawdę bogaty". Na kolejnym stoisku też kilka pozycji by się znalazło, bo było to stoisko Ferrari. F12, FF, Italia, 458 Spider, California i bolid F1 to naprawdę silna reprezentacja. No i modelki od razu lepsze. Po raz pierwszy widziałem na żywo FF i F12 i na temat obu mogę się wypowiadać tylko pochlebnie - jestem bardzo na TAK. Co tam jeszcze? Dwa Ghosty wyglądały naprawdę dostojnie, podobnie jak G-klasy od Mercedesa. SLS e-cell to zdecydowanie nie jest auto w moim typie, podobnie jak CLA mający w Poznaniu swoją polską premierę. Ale Vito ma fajną pakę.

Kilka słów jeszcze o hali klasyków. Może nie była ona na poziomie nie z tej Ziemi, ale na pewno fajnie było te auta zobaczyć. Znalazło się nawet drugie Maserati 3500GT, stuletni wóz na drewnianych kołach czy też Corvette Stingray.

No i było R8!

Podsumowując raczej mało kto żałowałby tych 17 zł na bilet wstępu na Targi. Oczywiście sam też zastanawiam się nad zasadnością tej kwoty - to przecież wystawiającym się powinno zależeć na tym, by ludzie się interesowali ich samochodami, a z Poznania wróciłem nie zgarniajac też żadnych gadżetów. Na ogólny poziom nie można jednak narzekać - jeśli chodzi o nowe modele to było niemal wszystko (z małymi wyjątkami), sama organizacja nie była zła, a gdyby było trochę mniej ludzi to może zrobiłbym nawet jakieś zdjęcia. Tymczaszem raczej nie nadają się one do publikacji, bo w większości są nieostre (słabe warunki oświetleniowe), obejmuję w kadrze tylko pół samochodu (stałka 50mm to niezbyt dobry pomysł przy braku miejsca) lub obejmują ludzi wchodzących w kadr. Chyba, że bardzo komuś zależy. Załączam tylko dwa testy w wykonaniu naszej ekipy:



trochę zdjęć można znaleźć tutaj, zapraszam do lajkowania tego fanpage'a: https://www.facebook.com/LASAPhotography?fref=ts


A w następnym odcinku.. co nieco o mojej Alfie Romeo 147. No chyba, że wcześniej będzie matura..

czwartek, 28 lutego 2013

thank god there's Spotify

To nie będzie reklama. Nikt mi za nic nie zapłacił. A szkoda, bo powinni. Objawiła mi się bowiem przyszłość. Wszystko za sprawą programu, który nazywa się Spotify i chyba powinien Wam się spodobać.

Zapewne część z Was już o tym słyszała. Ogólnie jest to sprawa już dość popularna w międzynarodowym internecie, ale w Polsce mamy ją dopiero od kilkunastu dni. O co w ogóle chodzi? No cóż, ściągacie sobie mały programik, instalujecie, włączacie, zakładacie konto lub logujecie się przez facebooka i już macie darmowy dostęp do muzyki przez internet. Bez żadnego ściągania, wszystko na wyciągnięcie z ręki obsługiwane z wysokości odtwarzacza. W dodatku obsługiwane na tyle prosto, że każdy amisz sobie z tym poradzi.

Sam jestem wielkim i oddanym fanem Winampa. Z odtwarzaczami muzycznymi jest trochę jak z przeglądarkami i innego typu rzeczami - zawsze trzymamy się zasady "lepsze jest wrogiem dobrego". Podobno foobar jest bardziej ogarnięty i w ogóle, pewnie Firefox miejscami jest lepszy od Chrome, ale nie mam potrzeby zmieniać swoich przywiązań. No i jeśli chodzi o mnie to muzyka gra dosłownie non stop. Tak więc raz włączony Winamp praktycznie nigdy nie zostaje wyłączony wcześniej niż przestaje działać komputer. Tymbardziej więc na uwagę zasługuje fakt, że przez Spotify mojego Winampa nie używam już ze 2 tygodnie. Baza utworów Spotify zawiera niemal wszystko. Przykładowo: od pół roku szukałem ostatniej płyty tres.b do ściągnięcia. Nie jestem najbardziej zaawansowanym piratem na świecie, ale wszystkie moje wtyki zawodziły i musiałem zadowalać się YouTube. Gdy pobrałem Spotify pomyślałem, że dobrym testem będzie wyszukanie właśnie 40 Winks of Courage. No i nie dość, że wszystko jest, to od razu pięknie ułożone w plejlistę, otagowane i gotowe do odsłuchu. Pozycje bardziej wymagające też są, większość hipsterów powinna być zadowolona. Nie ma tylko tych płyt, które jeszcze nie zostały wydane. No i jest trochę braków w naszej rodzimej muzyce, ale to pewnie się z czasem zmieni. Ogólnie więc strasznie łatwo poznawać jest nową muzykę, a także prosto znaleźć więcej twórczości lubianych wykonawców. Jest też coś, czym chełpił się kiedyś last.fm - czyli radio. Mamy radio gatunku, radio wykonawców, radio tworzone na podstawie Twojej plejlisty - szeroka paleta. Last.fm ma to od dawna, tyle że tam już trzeba za takie rzeczy płacić. Najfajniejsza w tym wszystkim jest taka intuicyjna obsługa tego programu. Nie ma problemu ze znalezieniem niczego, wszystko fajnie się odtwarza, plejlisty robi się w mgnieniu oka, no i są to użyteczne plejlisty, które masz pod ręką, a nie gdzieś w jakimś folderze na dysku, do którego nigdy już nie zajrzysz. Piosenki można gwiazdkować - gratka dla uzależnionych od fejsa, których lubią lajkować. A propos mediów społecznościowych - Spotify można zgrabnie połączyć z fb i prosto dzielić się muzyką ze znajomymi. Naprawdę działa to wszystko strasznie sprawnie. Spotify sprawia wrażenie, że jest jedynym programem do odtwarzania muzyki, którego kiedykolwiek będziesz potrzebować.

Jak tak patrzę na moje foldery składające się na kilkadziesiąt gigabajtów muzyki (jak najbardziej legalnej!:D) to czuję się bardzo przestarzały. W dodatku jak sobie przypomnę ile trzeba czekać, by zdobyć nowy album (zwłaszcza z tak żałosnym internetem jak mój) i ile niesie to ze sobą komplikacji to naprawdę nie mam ochoty do tego wszystkiego wracać. Teraz zapragnąłem mieć Spotify ze sobą wszędzie. Chciałbym Spotify w telefonie, w telewizorze, na iPodzie, w samochodzie zamiast radia i w łazience zamiast lustra. I wierzę, że tak kiedyś będzie. Dostęp do muzyki będzie po prostu wszędzie i będzie on właśnie tak banalny. Domyślam się, że Spotify nie jest może najbardziej pionierskie w tej materii i że wcześniej były podobne programy, że działa iTunes i w ogóle.. ale jakoś nie sądzę, żeby któraś z alternatyw była w tym momencie lepsza. Osobiście zawsze byłem bardzo sceptyczny co do tej całej cyfryzacji. Należę do grupy osób, które nadal regularnie kupują płyty w sklepach. Płacenie za muzykę do ściągniecia jak przez iTunes kompletnie mi się nie podobało. Ze Spotify jest co innego. Dostęp jest po prostu nieograniczony. I to w zasadzie za darmo. Są też wersje Premium i Unlimited, ale niestety nie mam karty kredytowej, więc ich nie mogę przetestować.. ale 20 zł miesięcznie za dostęp do tej całej muzyki także offline czy poprzez przenośne urządzenia to naprawdę fajna opcja. Polecam, Wiktor Smogór.

przy okazji, do posłuchania na próbę przez Spotify - cudowny nowy album Ólafura Arnaldsa: Ólafur Arnalds – For Now I Am Winter

sobota, 16 lutego 2013

oda do lanosa

W listopadzie, kiedy to zdałem na prawo jazdy kategorii B, zacząłem pisać na bloga post pod tytułem "oda do czinkusia". Nie pojawił się on jeszcze na blogu z dwóch powodów: po pierwsze - nie skończyłem go jeszcze pisać. Po drugie - okazało się, że prędzej pozbyłem się Lanosa niż Cinquecento i to drugie jeszcze mi będzie trochę służyć. Tymczasem chciałbym uczcić odejście długoletniego członka naszej rodziny - Daewoo Lanosa.

Moi rodzice kupili go w 2001 roku. To były jeszcze te czasy, kiedy można było kupić nowy samochód z salonu za nieco ponad 20 tysięcy. Pamiętam dobrze ten dzień. To był pierwszy dzień lata, a tata zrobił nam niespodziankę. Piękne, nowe, czerwone auto. Pojechaliśmy nim nad jezioro. Jako 7-latek byłem nim totalnie zachwycony. Już wtedy byłem prawdziwym petrolheadem, no ale do tej pory wożony byłem Polonezem Atu i ukochaną Omegą B. Lanos miał być dla mamy.

Pomimo takich uroczych wspomnień to tak naprawdę nie wiem co moim rodzicom strzeliło do głowy. Kto by chciał jeździć Lanosem? W dodatku z zerowym wyposażeniem. Serio, to był totalny golas. Brak wspomagania, brak poduszek powietrznych, szyby na korbkę, seryjnie nie miał też radia. Na zewnątrz czarne zderzaki i lusterka. No i jakby tego było mało w bagażniku metalowa kratka i rejestracja na czteroosobowy samochód ciężarowy. Jeszcze w leasing był wzięty. Bardziej niskobudżetowo się nie dało, co pewnie było priorytetowym kryterium przy kupnie samochodu. Domyślam się, że raczej dużo wyboru w tych pieniądzach nie było. Na wyposażeniu był tylko centralny zamek z alarmem i immobiliserem (taki sam mieliśmy kiedyś w Polonezie) i najsłabszy benzynowy silnik 1.6. Szybko pojawiło się też radio Sony z MP3 co wtedy było wybitną rzadkością. Teraz jakby ktoś chciał sprzedać auto w takiej konfiguracji to chyba każdy potencjalny klient miałby prawo wyśmiać dealera.

Co ciekawe taki Lanos wystarczył nam na 12 lat. Nie było narzekania na 70 KM mocy, na marną dynamikę czy brak klimatyzacji. Nikomu nie przeszkadzało, że to koreański nudziarz. Nie przeszkadzało beznadziejnie nudne wnętrze. Za to bardzo podobał mi się czerwony lakier. Co jednak było najważniejsze to niespodziewana niezawodność. Daewoo nigdy z niej nie słynęły. Inna sprawa, że przebieg 53 tysięcy kilometrów jest zupełnie symboliczny, ale prawda jest taka, że nigdy się nam w nim nic nie zepsuło. Zawsze odpalał, zawsze równo pracował, zawsze jeździł i zawsze dowoził nas z punktu A do punktu B. I z powrotem. Nigdy nie miał nawet wgniecenia, poza rysami, których historie znaliśmy każdej z osobna. To było strasznie poczciwe auto. Nie miało za grosz polotu ani stylu. Nie robiło wow na parkingu. Nie zbierało się wszystkich znajomych, by pokazać im "patrzcie czym jeżdżę!". Nie stawało się przy wejściu do centrum handlowego, tylko gdzieś z boku. A jednak wszyscy darzyli go wielkim zaufaniem i sentymentem. Przez tyle lat poruszał się praktycznie tylko po lokalnych drogach. Może raz czy dwa widział Gdańsk czy też Kraków, ale były długie okresy kiedy nie było nawet okazji użyć w nim piątego biegu. Trzeba też przyznać, że Lanos też miał u nas dobrze. Był myty i czyszczony. Wszelkie skazy lakiernicze były szybko lakierowane. Diagnostyka robiona na czas. Nikt nim nie szalał, nie jeździł zimą na ręcznym i nie ruszał z piskiem spod świateł. Nie został skażony żadnym durnym tuningiem ani nawet instalacją gazową. Stan zawsze był idealny. I pozostał taki do końca. Smutno było mi się z nim pożegnać, bo w sumie wychowałem się razem z nim. Było to auto rodzinne przez wiele lat. Był jak dobry przyjaciel, a nawet bardziej jak członek rodziny. Poszedł za marne pieniądze gdzieś na wieś w kujawsko-pomorskim. To koszt mojej fascynacji motoryzacją, która doprowadziła do tego, że nie chciałem jeździć Daewoo na codzień. A teraz i tak muszę jeździć Cinquecento, bo nie mogę niczego lepszego kupić...

niedziela, 30 grudnia 2012

best of 2012

ladies and gentlemen, jesteśmy tu już rok. To znaczy ja tu tyle już jestem z moim pseudo-blogiem. Cóż, 365 dni temu tego dnia moja idea wydawała mi się dużo bardziej sensowna. W rzeczywistości jak widać strona nie jest specjalnie okazała. Okazało się, że nie jestem aż tak bardzo płodny w wartościowe teksty, a do tego na nadmiar wolnego czasu też nie narzekałem. Z drugiej strony mam tutaj w szkicach dwa niedokończone grudniowe posty, więc może coś jeszcze z tego będzie. Ogólnie strasznie muzyczny wyszedł mi ten blog. Wychodzi na to, że na takie tematy zawsze mam coś do powiedzenia. Dziś też będzie oczywiście o muzyce. To był długi rok. Fajnie, że przez ten czas znalazło się trochę osób, które coś tu przeczytały. Naprawdę fajnie jest mieć swoje miejsce w internecie, a jeszcze fajniej jak ktoś na nie zwraca uwagę. Doceniam to wszystko i dziękuję za feedback. No i informuję, że mimo wszystko jeszcze mi się ta cała zabawa nie znudziła.

Wiele się w tym 2012 roku wydarzyło. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi to muszę powiedzieć, że bez względu na wszystko drugi taki rok się nie zdarzy. Nie mam zamiaru roztkliwiać się tu nad wydarzeniami osobistymi lub światowymi, lecz skupię się już niemal tradycyjnie na muzyce. W końcu w tym roku zacząłem  coś w rodzaju kariery dziennikarza muzycznego. Patetycznie to brzmi, a tak naprawdę wyszło mi ledwie kilka tekstów.. niemniej jednak to coś dla mnie ważnego i wartego odnotowania. W presylwestrowym klimacie prezentuje więc moje the best of 2012 - wszystko bardzo bardzo subiektywnie.

Ogólnie mam mieszane uczucia - z jednej strony poziom tegorocznych nowości był zaskakująco wysoki i sam nadrabiał je będę pewnie jeszcze długi czas, z drugiej strony mamy do czynienia z tym o czym pisałem o nowej płycie Muse - ci, od których oczekujemy najwięcej wydali naprawdę słabe produkcje, choć oczywiście są wyjątki, o których będzie już tu poniżej...

(w podsumowaniu brały udział tylko nagrania publikowane w roku 2012)


ALBUM ROKU 2012


10. DRY THE RIVER - SHALLOW BED
Jedno z tegorocznych odkryć, o których do tego mogę powiedzieć, że słyszałem ich na żywo. No i jakiż świetny to był koncert! Duże zaskoczenie biorąc pod uwagę, że przed Open'erem praktycznie nie miałem o nich większego pojęcia. Ten album jest naprawdę bardzo dobry. Trochę się dziwię, że jest pomijany w większości podsumowań, no ale starałem się aż tak bardzo nie wzorować na NME czy Pitchforku..

9. THE MAGNETIC NORTH - ORKNEY SYMPHONY OF THE MAGNETIC NORTH
..no i tego też nie znajdziecie w większości podsumowań. W sumie też w normalnych warunkach bym na to nie trafił, ale dostało mi się zadanie zrecenzowania tej płyty na Brand New Anthem. Muszę przyznać, że jest to coś innego niż wszystko. Symfonia pięknych dźwięków przenosząca nas na Orkady - jeśli wierzyć w muzykę The Magnetic North to musi być to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Wielka doza magii jest na tym albumie.

8. SIGUR RÓS - VALTARI
Znowu to zrobili. Znowu wydali album pełen po prostu przepięknej muzyki. I to jest chyba najważniejsze - nie rozsądzanie czy to jeden z gorszych albumów Islandczyków. Do mnie ich twórczość chyba nigdy nie przestanie przemawiać.. nawet jeśli nie rozumiem ani słowa po islandzku.

7. ALT-J - AN AWESOME WAVE
Kolejna lokata to zespół, na który w tym roku był całkiem niezły hype - w końcu dostali Mercury Prize czy coś. Chyba w ten sposób się zresztą na nich natknąłem.. anyway, czymkolwiek by ich w tym roku nie obdarować to na pewno na to zasłużyli. Naprawdę świetna płyta, fajne, oryginalne granie. Approved by hipsters and me.


6. TAME IMPALA - LONERISM
W sumie to powinni być nawet wyżej. Ogólnie to ten album jest ofiarą dorocznego nadrabiania całorocznych zaległości w grudniu śledząc podsumowania roku na portalach muzycznych, po to, żeby w moim własnym podsumowaniu o czymś nie zapomnieć. O Tame Impala naprawdę nie wolno zapominać w tym roku. W 2013 też o nich nie zapominajcie, zwłaszcza jak się zdarzy jakiś koncercik. Są świetni, bo grają jakby mieli w składzie Syda Barretta i na nowo tworzyli Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band. Wbrew pozorom to coś dość.. niepowtarzalnego. Koniecznie zwrócić uwagę, bo mało kto gra dzisiaj tak fajnie.

5. THE VACCINES - COME OF AGE
Jeśli ta lista nazywałaby się 'najbardziej ambitne albumy roku' lub 'najbardziej odkrywcza muzyka 2012' to ta płyta nie znalazła by się nawet w TOP100 takiej listy. I co z tego skoro ten album wyjął mi z życia sporo czasu i to niemal natychmiast po swojej premierze? Raczej prosta melodia, raczej prosty przekaz, raczej to samo co przy debiutanckim albumie tego zespołu, ale The Vaccines przychodzi to wszystko tak naturalnie, że można poczuć, że tę muzykę ktoś tworzył poniekąd dla mnie. No i strasznie fajnie, że się obronili kolejną dobrą płytą po świetnym debiucie.

4. JESSIE WARE - DEVOTION
Opuszczenie koncertu tej pani na tegorocznym Openerze to jedna z moich osobistych porażek roku. Nigdy bym się nie spodziewał, że jej muzyka tak mi się spodoba i wyjdzie z niej taka gwiazda. Cieszy mnie każdy kontakt z jej twórczością - choćby w Radiu Zet. Ogólnie myślę, że jeszcze najlepsze przed nami, a o Jessie Ware będzie naprawdę głośno. I to już nie dlatego, że współpracowała z SBTRKT, ale to z nią będą chcieli wszyscy grać i wszyscy jej słuchać.

3. JACK WHITE - BLUNDERBUSS
No cóż, a o tym gościu zostało powiedziane już tyle, że każda kolejna opinia będzie już powtórką, a samo przedstawienie go jako niesamowitego jest najłagodniejszym z banałów. Nawet jeśli każdy jego kolejny projekt będzie brzmiał podobnie jak poprzedni to zdecydowanie należy mu się miano jednego ze zbawicieli współczesnej sceny muzycznej. Bo on znowu to zrobił. Znowu wydał dzieło genialne, nareszcie jako Jack White. Oby tylko tak dalej, choć akurat temu muzykowi tego nie trzeba mówić.

2. THE XX - COEXIST
Różnie można oceniać tę płytę. Bardzo prosto ją spłycić, treść uznać za wtórną i niedorastającą do pięt debiutanckiemu albumowi. Moja opinia jest kompletnie przeciwna. Najpiękniejsza w tym albumie jest jego pewna intymność, drugie dno. Czuję, że w tych kompozycjach jest naprawdę wiele do odkrycia. Na tym albumie nie ma jakiś materiałów na hity (z wyjątkiem Angels), ale są takie utwory jak choćby Missing - z wewnętrzną siłą pobudzającą zmysły. Piękna sprawa.

1. KAMP! - KAMP!
Strasznie nienaturalnie się z tym czuję. Nie jestem przekonany co do słuszności tej lokaty, ale tak naprawdę co do żadnego albumu nie miałbym więcej pewności. Jak to się stało, że płyta roku 2012 to elektronika? I to w dodatku z Polski? Z jednej strony to pewien znak czasów. O ile zostałem wychowany na muzyce gitarowej to dziś już trzeba pogodzić się z wszechobecnymi syntezatorami. W tym roku zdecydowanie się z tym oswoiłem i naprawdę ilość świetnej muzyki do eksploracji jest wręcz nieograniczona. Dlaczego KAMP!? Wydaje mi się, że jest to jedyna tegoroczna płyta, przy której nie znalazłem żadnego mankamentu. Od pierwszego odsłuchania, od pierwszych sekund Oaxaca, aż do końcówki Sirocco jest to dzieło wręcz doskonałe. Nic bym w nim nie zmienił, jest idealnie spójne i kompletne. No i nigdy, naprawdę nigdy bym się nie spodziewał, że w Polsce możemy mieć tak dobrą muzykę. Niech to pierwsze miejsce będzie więc takie symboliczne, bo tak naprawdę nie ma zdecydowanego numeru jeden w 2012 roku.



SINGIEL ROKU 2012


10. PAUL BANKS - SUMMERTIME IS COMING
Miało być Gangnam Style, ale pomyślałem, że to będzie bardziej pozytywna niespodzianka. Do Banksa za dokonania z Interpol wręcz należy mieć sentyment. Szkoda, że porzucił swój przydomek - sam bym bardzo chciał nazywać się Julian Plenti. Wszystko to jednak ma związek z poszukiwaniem drogi w solowej twórczości. Niestety wydaje mi się, że tegoroczny album Banks nie przyniósł oczekiwanej odpowiedzi ani artyście, ani fanom. Jest tylko jeden wyjątek. Właśnie Summetime Is Coming.

9. MUCHY - ZAMARZAM
To był owocny rok dla tego zespołu. Nowa płyta, wraz z nią film i trasa koncertowa, przy okazji której miałem szansę zweryfikować fajność nowych nagrań. I tak jak już ogłaszałem wcześniej - całe chcecicospowiedziec jest świetne zarówno w całości, jak i w pojedyńczych kęsach. Zamarzam to taka wisieńka na torcie. Aż chciałoby się, żeby utwór trwał duużo więcej niż 2 minuty..

8. MUMFORD & SONS - I WILL WAIT
Niezbyt lubię pastwienie się nad tzw. syndromem drugiej płyty, ale Mumfordzi zdali ten egzamin, zwłaszcza medialnie. Ten utwór jest tego idealnym potwierdzeniem. Żaden singiel z debiutanckiej płyty nie wkręcał się tak bardzo jak ta piosenka. Co więcej - w ogóle w tym roku ciężko było o utwór, który miałby jeszcze większe właściwości zapętlania się w głowie słuchacza.

7.  TAME IMPALA - ELEPHANT
Znów mogę napisać to samo co przy liście albumów - naprawdę mało kto dzisiaj potrafi tak fajnie grać. Ten utwór zdecydowanie należy do gatunku mocarnych i niezwykle uzależniających. Co tu dużo mówić - to po prostu bezdyskusyjnie bardzo dobra muzyka.

6. BAT FOR LASHES - LAURA
Kolejne z serii "odkryte o kilka miesięcy za późno". Upewnijcie się, żeby i przez Was to nagranie zostało odkryte. Nie sądziłem, że w twórczości tego zespołu znajdę taką perełkę. Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych piosenek tego roku.

5. BRODKA - DANCING SHOES (KAMP! REMIX)
Oto kwintesencja tego, co dziś najlepsze w polskiej muzyce. Brodka, która pozbyła się miana piosenkarki dla gimnazjalistek oglądających Vivę na rzecz muzyki alternatywnej w remiksie prawdopodobnie aktualnie najlepszych elektronicznych speców. Po prostu idealne kooperacja. Polecam na Sylwestra i każdą inną imprezę. Do pobujania się w domu też pasuje.

4. BLUR - UNDER THE WESTWAY
To był też rok bardzo związany z Blur. Reaktywacja, kilka koncertów i dwa nowe utwory specjalnie na występ w Hyde Parku. O ile The Puritan jest dość kontrowersyjny i raczej średnio udany to Under The Westway to klasyczne Blur z najlepszych czasów. Piękna ballada, bardzo w stylu Damona. Ten zespół mógłby stworzyć jeszcze album będący arcydziełem, zdecydowanie nadal są do tego zdolni.

3. JESSIE WARE - WILDEST MOMENTS
Ciężko powiedzieć dlaczego tak uwielbiam tę piosenkę. W zasadzie to jedna z wielu takich o miłości. A jednak jest w niej coś niepowtarzalnego. Coś, co sprawia, że ten utwór nigdy się mi nie znudzi. Wspaniała synteza przepięknego wokalu i ładnej melodii. Naprawdę nie miałbym nic przeciwko, by ten utwór stał się wielkim hitem. I to takim naprawdę wielkim.

2. JACK WHITE - LOVE INTERRUPTION
Pewnie obecność White'a na wysokim miejscu nie jest wielką sensacją, jednak nad samym wyborem singla możnaby się chwilę zastanwoić. Mamy do wyboru niezwykle energetyczne Sixteen Saltines, bluesowe Freedom at 21, bardzo White'owe I'm Shakin, no i właśnie Love Interruption. Wydaje mi się, że jest to utwór, który najbardziej pokazuje kreatywność muzyka i jego nieograniczoną zdolność do urozmaicania swojej twórczości. Addictive!

1. THE XX - ANGELS
Nie miałem większych wątpliwości - wokal Romy oraz łagodne brzmienie gitary i basów to po prostu miód. Nagranie urzekające, przeszywające serce słuchacza i pozostawiające po sobie wielką chęć przeżycia tego wszystkiego jeszcze raz. Piękność w każdym calu, przez całe magiczne 2 minuty i 52 sekundy.


ZAWÓD ROKU 2012

3. CRYSTAL CASTLES - III
Szczerze? Nie miałem okazji wcześniej słuchać tego zespołu. Niemniej jednak uchodzili dla mnie zawsze za jednych z głównych kreatorów sceny elektronicznej. Nowa płyta wydawała mi się idealną okazją, by sprawdzić czy te szumne rekomendacje mają w sobie jakiś sens. Niestety - jak dla mnie nie mają go zbyt wiele. Na podstawie tego albumu kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu Crystal Castles. Nie chcę się przez to do nich zrażać, ale zdecydowanie więcej się spodziewałem po tym albumie.

2. THE KILLERS - BATTLE BORN
Zawsze w tej kategorii mam najwięcej do powiedzenia. Tyle, że problemem Killersów z ich ostatnią płytą jest to, że naprawdę nie ma o czym gadać. Wielka fama, reklamy na iTunes i VEVO to trochę taki pic na wodę. Nie mówię, że ten album jest jakiś fatalny, że nie da go się słuchać. To po prostu przeciętna płyta. Nihil novi. Nie ma tutaj nawet przy czym specjalnie się zatrzymywać - całość brzmi jak jedna długa bezpłciowa kompozycja. Nawet nie ośmieliłbym się porównać jakiegokolwiek utworu choćby do niezapomnianego All These Things That I've Done.

1. MUSE - THE 2ND LAW
Już się raz pod tym adresem sporo rozpisałem na temat tego albumu. Po prostu im to nie wyszło. Dziwny patos, dziwne inspiracje, dziwny album. Dziwne w znaczeniu wyjątkowo pejoratywnym. Oto idealny przykład na to, że wielkie idee i ambicje wcale nie muszą oznaczać wyprodukowania akceptowalnego dzieła. Przede wszystkim to dla mnie też bardzo osobisty zawód.

ODKRYCIA ROKU

Będzie trochę inaczej, bo muzyki zupełnie nowej dla mnie w tym roku było po prostu za dużo bym był w stanie je jednoznacznie podsumować. Przy okazji KAMP! pisałem już o przyjemnym obcowaniu z muzyką elektroniczną. KAMP! to też świetny przykład na coś jeszcze - jest nadzieja dla polskiej muzyki! Zawsze byłem raczej sceptyczny wobec rodzimej sceny muzycznej. Jedynie Myslovitz czy Hey ratowały sprawę. W tym roku zdałem sobie sprawę, że mamy spory potencjał. Począwszy właśnie od KAMP!, kończąc na wspomnianej również wcześniej Brodce, która wydała w tym roku genialną EPkę. Naprawdę trudno uwierzyć, że Varsovie wyszło spod tej samej ręki co choćby Miałeś być. Rockowo również nieźle stoimy. Neo Retros też brzmią jakby przyjechał do nas dobry zespół z Zachodu. No i Muchy! Genialna, bardzo dojrzała nowa płyta, która naprawdę sporo nam namieszała. Najlepsze jest to, że przykłady można jeszcze mnożyć. Mogę się dziś posłużyć tylko w pewnym sensie autokrytyką - cudzie chwalicie, swojego nie znacie.

TELEDYSK ROKU

Tu też sobie oszukam. Wszystkie miejsca na podium, a także kilka poza nim należą się Sigur Rós za Valtari Mystery Film Experiment. Wspaniała idea i kolejny dowód na to, że kreatywność tego zespołu nie zna granic. Najpierw producenci filmowi tworzyli niskobudżetowe teledyski dostając wolną rękę - mieli nakręcić to, co pierwsze im przyjdzie na myśl po przesłuchaniu utworów na Valtari. Stąd np. jeden z teledysków do Ekki múkk (po polsku "oddychaj") to kurs postępowania w wypadku zakrztuszenia się. Później formuła rozszerzyła się - filmy mógł tworzyć już każdy. A później całość była wyświetlana w różnych klimatycznych miejsach. Well done, Sigur Rós, well done!

KONCERT ROKU
W 2012 już mam z czego wybierać. Pod względem koncertowym był to dla mnie po prostu wspaniały rok.

3. ÓLAFUR ARNALDS @ BLUE NOTE, POZNAŃ
Po wieczorze w Poznaniu z cudowną muzyką Islandczyka byłem jak obłoczek. Nawiązując do pewnego romansidła dla dziewczyn, które miałem ostatnio przyjemność oglądać czułem się wtedy jakbym był trzy metry nad niebem. Zapis emocji wywołanych tego dnia nie zmieściłby mi się w ogóle na tym blogu, dlatego napiszę tylko jedno - każda w jakikolwiek sposób wrażliwa osoba powinna kiedyś znaleźć się na koncercie Ólafura.

2. M83 @ OPEN'ER FESTIVAL, GDYNIA
To był genialny Open'er, jak już pewnie wiecie. Każdy festiwalowicz miał pewnie swoją ulubioną godzinę, swój ulubiony moment. Dla mnie był to koncert M83 na Tent Stage. Ciężko jest oddać atmosferę, która panowała w tym czasie w wielkim namiocie. To nic, że byłem już pozbawiony siły do życia - musiałem tam być. Midnight City było po prostu niezapomniane. Nigdy nie spotkałem się z taką reakcją publiczności, z taką euforią i aplauzem. Zupełnie jakby właśnie stało się coś na skalę dziejów świata. I tak trochę było.

1. KASABIAN @ IMPACT FESTIVAL, WARSZAWA
Nie mogło być inaczej. Nareszcie udało mi się trafić na koncert mojego ulubionego zespołu. I to jaki koncert! To nic, że stałem kilometr od sceny, że byłem otoczony sztywnymi fanami RHCP, że byłem na antybiotyku, a agonia pomyliła mi się z euforią. Po prostu byłem tam, zobaczyłem i usłyszałem ich na żywo. No i co najważniejsze - nie zawiodłem się w żadnym stopniu.


NADZIEJE NA 2013?

Bilansując ten punkt z poprzedniego roku muszę przyznać, że niemal wszystko się udało. Blur się reaktywowało, zaliczyłem pełno koncertów i znów rozszerzyłem swoje horyzonty. Problem w tym, że ciężko mi teraz sprecyzować moje oczekiwania na nowy rok. Bilet na Blur na Open'erze już mam. Mam nadzieję, że będzie to kolejny niezapomniany festiwal. Do tego chciałbym zaliczyć jeszcze parę dobrych koncertów (tylko żeby wszystkie nie wypadły mi w czasie matur..), np. Sigur Rós. Jeśli chodzi o nowe wydawnictwa to naprawdę nie wiem czego można się spodziewać. Mogę napisać jedynie o Foals, bo to co już pokazali z nowej płyty jest absolutnie fenomenalne. Poza tym życzę zarówno sobie jak i Wam wszystkim - jak najwięcej dobrej muzyki i jak najwięcej niezwykłych odkryć, bo to zapewni Wam naprawdę wiele niesamowitych uczuć, nawet jeśli będziecie w tym czasie siedzieć przy laptopie z jakimś niesmacznym drinkiem w dłoni.

Wszystkiego dobrego!









sobota, 27 października 2012

october swimmer

Październik. Niby złota polska jesień, a jednak piszę posta, a na podwórku mam już tyle śniegu, że może nawet jakiś mały bałwanek by wyszedł. Tupu tup po śniegu, dzyń dzyń dzyń na sankach.. To, że dziś musiałem zmagać się z epoką lodowcową to prawdopodobnie jedyne moje marudzenie zawarte w tym wpisie. Ten miesiąc bowiem dawno nie był tak dobry dla mojego 'ukochanego' miasta pod względem koncertów. Pewnie w kulturalnej historii Konina zdarzały się większe gwiazdy, było nawet więcej interesujących występów, ale myślę, że październik 2012 naprawdę warto zapamiętać. Nie jestem może jeszcze osobą notorycznie jeżdżącą na najlepsze koncerty, ale w ciągu ostatnich 2 lat trochę się ich nazbierało, byłem na dwóch dużych festiwalach, tak więc moje wymagania co do muzyki na żywo uległy znacznemu zaostrzeniu. Właśnie dlatego, że nawet w kontekście choćby tegorocznego Open'era czy kilku innych gigów te dwa konińskie występy w tym miesiącu zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

19. października w Koninie wystąpiły Muchy. To było moje drugie spotkanie z zespołem. Pierwsze miało miejsce dokładnie w tym samym miejscu półtora roku temu. Niby wcale nie tak dużo, a jednak przez ten czas zmieniło się naprawdę wiele - zarówno w moim życiu, jak i w muzyce tego zespołu. Tym razem Muchy były w trasie promującej swój już trzeci album chcecicospowiedziec. Po przesłuchaniu i przeczytaniu wielu recenzji trzeba przyznać, że to najbardziej kontrowersyjne dzieło tych artystów. Na początku też nie byłem wielkim fanem tego wydawnictwa - tkwiłem raczej nadal w obozie notorycznych debiutantów.Wrażenia z poprzedniego koncertu też nie były jakieś niezapomniane - fajnie było usłyszeć na żywo Galanterię w dobrym towarzystwie, ale Muchy nie pokazały mi nic wielce ambitnego. Mimo to jakoś nie miałem problemów ze zdecydowaniem się na wyjście do Oskardu tego dnia. Wszystko zapowiadało się o tyle fajniej, że występowi towarzyszyła projekcja filmu mówiącego co nieco o historii zespołu. Polecam, naprawdę ciekawa sprawa, dobrze uzupełnia wiedzę o muzykach i uchyla nieco rąbka tajemnicy z ich prywaty. Poza tym jako support wystąpił koniński zespół One Sweet Moment - nie chcę ich jakoś krytykować, bo w sumie byli całkiem nieźli, ale jak dla mnie byli strasznie mało przekonujący. Spodziewałem się po nich więcej. Na plus fajny cover Moja i Twoja Nadzieja oraz świetny gitarzysta, na minus słabiutki cover Czerwony jak cegła i ogólnie mało oryginalna muzyka. No ale liczę, że coś z nich jeszcze ciekawego powstanie. Niemniej jednak to nie oni byli gwiazdami wieczoru. Pierwszą zauważalną różnicą w porównaniu z zeszłorocznym koncertem była postawa publiczności. Wówczas wszyscy stali w miejscu jak kłody, tym razem pod sceną była już nie grupka, a całkiem spora grupa bardzo aktywnych fanów. Zaczęło się od Robotyki, później pojawiło się m.in. Zamarzam, Wyjątkowo zwyczajnie czy hity ze starszych albumów takie jak Najważniejszy dzień, Przesilenie czy Zapach wrzątku. Wszystko bez wyjątku brzmiało naprawdę świetnie. Nieważne czy było to coś z nowej płyty, mało znane, a do tego wyśpiewane przez megafon co niemal kompletnie uniemożliwiało zrozumienie tekstów - atmosfera była wyborna. Osiągnęła ona temperaturę wrzenia przy wyczekiwanym Mieście doznań, przy którym kontakty na linii zespół-publiczność nie miały już praktycznie żadnych granic. Wszystko zakończyło Łu na żywo trwające chyba z 10 minut, a także krótki bis z kończącymi Rekwizytami. Kolokwialnie mówiąc Muchy rozniosły tę budę. Naprawdę muszę powiedzieć, że genialnie się bawiłem. Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę mottem koncertu. Szczerze mówiąc zadowolony byłbym nawet gdyby występ udał się choćby w połowie tak jak to było tego dnia. Niczego specjalnego od Much nie wymagałem, a tymczasem spotkała mnie miła niespodzianka. Chcecicospowiedziec na żywo brzmi świetnie. Dopiero po koncercie mogę stwierdzić, że płyta jest naprawdę bardzo bardzo dobra. Jak do tej pory to chyba najbardziej ambitny, a przez to najważniejszy krążek zespołu. Muchy po prostu dorosły przez te 1,5 roku. Sam wokalista odpowiedział w sposób prosty - 'jesteśmy dorosłymi facetami'. Rzeczywiście coś w tym jest - na pewno takie miano pasuje już im bardziej niż notoryczni debiutanci. Udowodnili, że nie muszą już nic udowadniać. No i do tego to naprawdę świetni goście. Bardzo fajnie było z nimi pogadać, a fakt, że i całemu zespołowi się podobało rówinież bardzo cieszy.

Tydzień później w klubie Musztarda pojawił się ktoś z nieco innej beczki. Młoda, bardzo obiecująca artystka. Julia Marcell. Przyjechała, by promować album June. Świetny album, warto dodać. Sam miałem jej posłuchać w tym roku na Open'erze, jednak wyszło trochę inaczej i żałowałem tego praktycznie do 26 października. Dopiero tego dnia była okazja, by nadrobić straty. A nie posłuchać tej pani na żywo to doprawdy wielka strata. Klimat tego wieczoru był zupełnie inny niż tydzień wcześniej - zamiast pogo pod sceną królowały stoliki i krzesełka. Dobre piwo w takich okolicznościach smakowało naprawdę świetnie, choć i bez niego trudno byłoby lepiej spędzić ten czas. Julia Marcell to idealne towarzystwo nie tylko na czerwiec jak może sugerować tytuł jej płyty, ale także na październik i to nawet w Koninie. Bo i tym razem publiczność okazała się wyjątkowo ogarnięta i skora do bardzo żywiołowego reagowania. Sama wokalistka koncert zaczęła obficie zakapturzona, jednak dość szybko ujawniła nam się w całej okazałości. No i śpiewa tak ładnie jak wygląda. Był niemal cały krążek June - od Shhh na samym początku, przez utwór tytułowy, I Wanna Get On Fire aż po genialnie energetyczną Matrioszkę. Było też kilka kompozycji starszych, nieco bardziej opierających się na pianinie niż syntezatorach. Do tego pojawiły się też zupełnie nowe utwory. Mogę poświadczyć, że następny album zapowiada się naprawdę fantastycznie. To tylko dwie kompozycje, a pokazały potencjał niemal tak duży jak cała ostatnia płyta. Świetne jest to, że setlista sprawiała wrażenie indywidualnie dobranej. Kompozycyjny miszmasz stanowił dobry przekrój całej kariery wokalistki. Podwójny bis (m.in. CTRL i Aye Aye) pokazał za to, że owa kariera mimo, że krótka, to jest naprawdę udana. Julia ma w swojej muzyce tyle pewności siebie, że chyba nie wystarczało jej do kontaktów interpersonalnych - zarówno między piosenkami na scenie jak i w rozmowie wydaje się dość niepewna i skromna, ale to tylko dodaje jej uroku. Muzycznie jest dla mnie polską Björk. Będziemy mieli jeszcze z niej pociechę, to najlepsza rzecz, która się przytrafiła polskiej muzyce od bardzo dawna. Nie spieprzmy tego.


Jakby ktoś chciał sobie jeszcze trochę czasu pomarnotrawić to polecam moje dwie nowe recenzje na Brand New Anthem.

Mumford & Sons: http://brandnewanthem.pl/mumford-sons-babel/

The Magnetic North: http://brandnewanthem.pl/the-magnetic-north-orkney-symphony-of-the-magnetic-north/

sobota, 29 września 2012

music, what happened?




...to tak na wstęp, bo dawno nie pisałem. Nawet bardzo dawno. Co więcej wcale nie chodzi o to, że nie miałbym o czym pisać. Od czasu ostatniego posta popełniłem wyjazd nad morze, jeszcze zanim skończyły się wakacje. No ale jeszcze tak nisko nie upadłem, by brać ten temat na warsztat. Wydaje się, że dużo ważniejszym wydarzeniem były moje osiemnaste urodziny. Na facebooka nadawałoby się jako lifetime event, ale tak szczerze mówiąc to żadnej różnicy nie poczułem. Dowód mam od roku, tak samo prawo jazdy - tylko kwestia czasu aż przesiądę się do porządnej fury. O tym w sumie mógłbym kiedyś napisać..

Wrzesień pod względem koncertowym był całkiem gruby - mieliśmy Sigur Rós w Krakowie czy Coldplay w Warszawie. Co z tego, skoro nigdzie nie byłem? Zupełnie nic, bo powód przerwania trwającego niemal dwa miesiące milczenia jest jeszcze inny, ale również muzyczny. The 2nd Law - nowa płyta Muse.

Dlaczego miałbym traktować to jako coś ważnego? W skrócie można powiedzieć, że Muse pośrednio zmieniło moje życie. Dawno dawno temu dzięki miłym ludziom z internetów zacząłem się interesować swoim gustem muzycznym, a Muse było moją Mekką. Posłuchałem Absolution, zapuściłem włosy i zacząłem przywiązywać najwyższą wagę do tego czego słucham. Chłopaków z Devon darzę ogromnym sentymentem i mimo to, że z biegiem lat miłość do ich twórczości słabła to jednak nie zamierzam się ich jakoś wypierać.

Jak się pewnie domyślacie nie byłoby tego wpisu gdyby z The 2nd Law nie było czegoś na rzeczy. Co tu dużo mówić - jest mi przykro, bo ten materiał do mnie niezbyt trafia. W sumie nie powinenem się tak dziwić, bo przecież w ostatnich latach Muse robiło muzykę dla tych filmów o błyszczących się wampirach, a ostatnie Resistance było bardzo słabe. Niemniej jednak jakoś nie mogę przeboleć kolejnego zawodu. Możliwe, że to przez niezwykle naiwne nadzieje o powrocie do stylu z Showbiz, ale to też dlatego, że najnowsze dzieło Muse jest cholernie ambitne. 

Matt Bellamy to gość, o którym można powiedzieć naprawdę wiele. Jednak nazwać go 'tylko' świetnym gitarzystą i fantastycznym wokalistą czy nawet genialnym muzykiem to trochę za mało. Dla mnie jest on jednym z największych kompozytorów przełomu wieków. A w dzisiejszych czasach ten wyraz wydaje się nieco wymierać, bo pewnie ostatnią osobą, która została nazwana przez Was 'kompozytorem' był Chopin. Nowe wydawnictwo to najlepszy dowód na to, że zaangażowanie i wyobraźnia Bellamy'ego są naprawdę pokaźne.

O każdym utworze z The 2nd Law można się porządnie rozpisać. Zaczyna się od ostrego Supremacy, które zespół proponował do umieszczenia w nowym Bondzie. W sumie naprawdę nieźle by się to sprawdziło, cała piosenka brzmi jak dobry film akcji. Jest mocno, ale nie jest to typowy muse'owy pazur. To coś na siłę wyrafinowanego, przypomina mi odrobinę Live and Let Die w wykonaniu Guns N' Roses. A moim zdaniem ten zespół to naprawdę słaba inspiracja. Niemniej jednak swego rodzaju epickiego charakteru temu kawałkowi odmówić nie można, album naprawdę zaczyna się z grubej rury. Zaraz potem mamy Madness. Chyba najbardziej lajtowa piosenka Muse jaką kiedykolwiek stworzono. Równie dobrze mogłaby ją zaśpiewać Lana Del Rey w swetrze z angory. Chris Martin powiedział ostatnio, że to najlepsza piosenka grupy w jej historii. Nie słuchajcie gościa, on nagrywa z Rihanną. Nie ma prawa głosu. Prawda jest taka, że ten kawałek bardzo pasowałby też dla Coldplay. Niestety powinna istnieć jakaś niepisana zasada, że żaden z zespołów nie ma prawa wchodzić na gatunkowe terytorium drugiego z nich. Z drugiej strony - gratka dla fanów Undisclosed Desires, Supermassive Black Hole lub piosenek z soundtracku do sagi Zmierzch. Madness idealnie pasowałoby na tło dla tandetynych wampirzych miłostek.
Panic Station to dla mnie kolejne zupełne nowe skojarzenie związane z Muse. Moje pierwsze wrażenie - Bellamy nasłuchał się za dużo Green Day. I po raz kolejny nie mówię tego jako komplement. Porównanie do Queen już można byłoby dość pozytywnie traktować, bo nawet mało wprawny słuchacz rozpozna w tle coś bardzo podobnego do Another One Bites the Dust. Tyle, że wszystko w wersji okrojonej z wszelkiej możliwej zajebistości. Bellamy wokalnie ma potencjał niewiele mniejszy niż legendarny Freddie, ale nie powinen śpiewać jak Billie Joe Armstrong i robić piosenki, które są tylko pseudofajne.
Dalej mamy Prelude, a zaraz potem najjaśnejszy punkt The 2nd Law - Survival. Na początku nie mogłem się przekonać do tej piosenki, bo znana ona już jest dobre 2 miesiące. Po przesłuchaniu albumu doszedłem do wniosku, że w tej piosence najwięcej jest ducha Muse z całej kariery. Jest mocno, eklektycznie, a eksperymenty tym razem są udane. To taki kolaż wszystkich dobrych piosenek Muse bazujący trochę na Uprising. Krok do przodu - i to krok w dobrą stronę.
Niestety następujące dalej Follow Me uznaję za prawdopodobnie najgorszy utwór Muse w historii. Jest naprawdę tandetny. Wokal oczywiście jak zwykle pełen werwy - tyle że tym razem oznacza to, że piosenka idealnie pasowałaby do Radia Planeta. O ile Madness przez swego rodzaju prostotę można jeszcze wiele wybaczyć to w tym przypadku powtarzający się techno-dubstepowy motyw jest po prostu katastrofą. To brzmi jak jakiś remix, aż ciężko w to uwierzyć. Krok w bardzo bardzo złą stronę. 30 Seconds To Mars chyba nie chciałoby nawet mieć takiego kawałka.
O Animals akurat ciężko się szeroko wypowiedzieć. W porównaniu do innych piosenek nie niesie ze sobą żadnych kontrowersji i w całokształcie albumu wypada tylko jako wypełniacz tracklisty. Nie zapada specjalnie w pamięć, ale poza swego rodzaju monotonią czy po prostu nudą nie ma nic do zarzucenia. Jakby cała płyta taka była to nikt by się nie obraził. Tylko, że wtedy na pewno nie zostałaby wydana pod szyldem Muse. Prędzej Radiohead. No i fajne te zamieszki w outro.
Explorers też nie uzyska miana epickiego hymnu. Jesteśmy w zdecydowanie spokojniejszej części The 2nd Law. Piosenka daje wytchnienie, a kompozycji Bellamy'ego na pianinie naprawdę ciężko jest nie lubić. I o ile może nie jest to zbyt ambitna piosenka to jednak musi się podobać. Duży, choć zapewnie długo niedoceniony plus. 
Nikt nowo wydanych albumów nie uczy się na pamięć, ale Big Freeze nie pozostawiło u mnie w głowie żadnego śladu. Tak więc zanim jeszcze je sobie odświeże to już mamy na koncie bardzo poważną wadę. Choć z drugiej strony na płycie jest tyle momentów intrygujących, że chyba łatwiej będzie zapamiętać te niewywołujące nadmiernych emocji. I co tu dużo pisać - takie jest właśnie Big Freeze. Mało ciekawe, choć jeszcze na tyle w nim ducha starszego Muse, że z powodzeniem umieściłbym je na Resistance.
The 2nd Law to zbiór niespodzianek. Pora na największą. Save Me. Jakby kto pytał - za wokal odpowiedzialny tym razem jest Chris. Szczerze nie spodziewałem się, że to się kiedyś stanie. Po co miałby on śpiewać, skoro mamy Bellamy'ego z niesamowitym głosem? Tymczasem efekty są lepiej niż zadowalające. Do tej pory nie spotkałem się z porównaniem Muse do Porcupine Tree, lecz kiedy usłyszałem po raz pierwszy tę piosenkę to pomyślałem, że gościnnie występuje Steven Wilson. Czysty rock progresywny. Mój faworyt z całej płyty. Wielkie pozytywne zaskoczenie, wyszła z tego po prostu piękna muzyka. Choć gdybym nie znał wykonawcy to słysząc gdzieś ten utwór w życiu nie pomyślałbym o Muse. Może tego chcieli sami artyści? Wiem tylko, że Chrisa bardzo chętnie bym jeszcze posłuchał. Może jakiś projekt poboczny się urodzi, kto wie?
Och, zaraz. Przecież kolejna okazja jest zaraz tutaj. Za Liquid State także odpowiedzialny jest Wolstenholme. Mamy do czynienia z diametralną zmianą klimatu. Tym razem przenosimy się na obrzeża metalu. Sam nie wiem czy uznać to za demonstrację niezwykłej wszechstronności zespołu czy po prostu za pewnego rodzaju niezdecydowanie - osobiście jestem wielkim fanem Save Me, ale na pewno i Liquid State znajdzie wielu miłośników. To naprawdę ciekawa alternatywa dla Muse ze śpiewającym Mattem.
Na koniec całej płyty, podobnie jak w przypadku Resistance mamy do czynienia z czymś nieco bardziej specjalnym. Ostatnim razem była to symfonia Exogenesis, tym razem dwuczęściowy imiennik albumu.
Unsustainable to jedna z większych kontrowersji tego wydawnictwa. To kolejny pionierski pomysł Bellamy'ego. To nic innego jak po prostu gitarowy dubstep. I o ile zawsze wykazywałem się pogardą dla tego gatunku to tym razem muszę przyznać, że ten kawałek ma coś w sobie. Nie jest to może droga, którą chciałbym by Muse dalej się kierowało, ale jest to coś czego nikt wcześniej w takiej formie nie zrobił. Mam nadzieję, że nie spowoduje to, że stanę się fanem Skrillexa. Wtedy usunę bloga.

Naprawdę ciężko jest wydać jednoznaczy osąd na temat całego The 2nd Law. Jest to dzieło niezwykłe. W dyskografii Muse na pewno zajmie specjalne oddzielne miejsce. Album jest strasznie nierówny, a eklektyzm wprowadza chaos i niepewność. Co koniecznie muszę przyznać to fakt, że bardzo dawno żaden album nie wywołał we mnie tylu skrajnych i często antagonistycznych do siebie emocji. Tak też powinna działać prawdziwa muzyka. Nie można przejść koło niej obojętnie. The 2nd Law - hate it or love it. Jeden zmiesza zespół z błotem za taką ucieczkę od korzeni, inny będzie zachwycony różnorodnymi naleciałościami rodem z innych gatunków, a kolejny uzna to za nowoczesne wydanie Origin of Symmetry. Sam jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, ale chyba tęsknota do Muse sprzed Resistance jest zbyt silna, a The 2nd Law będę traktował w kategorii specyficznego manifestu.

Jakby jeszcze Wam tekstu było mało - to dopiero jeden wątek. Jeśli uznamy nowe Muse za zawód (a tak możemy zrobić, bo moje pragnienia nie zostały zaspokojone) to mamy tylko jeden przykład z wielu w ostatnich miesiącach. Co się stało z tą muzyką? I nie chcę tu nawoływać do powrotu do The Beatles i lat siedemdziesiątych. To już dawno za nami. Który z Waszych ulubionych zespołów wydał ostatnio płytę najlepszą w swojej dyskografii? Albo chociaż znacząco lepszą od poprzedniej? Jakby się zastanowić to nawet lista by się co prawda uzbierała i może jest to moje subiektywne odczucie, ale odnoszę wrażenie, że teraz nowa muzyka w najlepszym wypadku jest co najwyżej akceptowalna. Nie chcę zanadto generalizować i nie mówię o nowych zespołach, które naprawdę potrafią być interesujące. Ale jakby spojrzeć na to na czym się wychowywały nasze muzyczne gusta to sprawa wygląda inaczej. Wspomniane Muse, również wspomniane Coldplay lub choćby Red Hot Chili Peppers, a nawet The Killers. Kto woli The 2nd Law od Absolution, kto Mylo Xyloto od A Rush of Blood to the Head, kto I'm With You od By The Way, kto Battle Born od Hot Fuss - ręka do góry. Nikt się nie zgłasza. Może dlatego, że nikt nie dotarł do tego punktu, ale możliwe, że także zgadzacie się ze mną. Muzyka się zmieniła, może to też wina nas - słuchaczy. Mamy zbyt wygórowane oczekiwania, a idole nie są w stanie ich spełnić. Przez to często czerpią inspiracje z innych gatunków, na siłę szukające czegoś nowego, niekoniecznie udanie. Stąd tak prosto zapomnieć o Angles The Strokes zwłaszcza, gdy nadal powszechnie żywi się ogromny sentyment do debiutanckiego Is This It. Ktoś powie, że zmiany są dobre i potrzebne. Jak najbardziej się zgadzam. Problem w tym, że nie jest ważna zmiana dla samego wprowadzenia jakiejś nowości. Sztuką jest zmiana na lepsze. Bardzo to życiowe zresztą.. Tymczasem dziś album uznajemy za udany gdy tylko da się go słuchać. Jakoś rzadko spotykam się z negatywnymi recenzjami ostatniego albumu Interpol, a jednak wszyscy siedzą tylko w erze Turn on the Bright Lights. A więc może ta swego rodzaju tolerancja? Choć z drugiej strony zbyt często widać jej brak. Jest trochę wyjątków jak choćby The Vaccines. Come of Age jest naturalnym następcą debiutu, obie płyty utrzymane są w porównywalnym klimacie i warstwie tekstowej. Obu słucha mi się świetnie. A jednak zawsze znajdzie się ktoś komu nie spodoba się brak nowej inwencji twórczej w tym zespole. Pamiętajcie - lepsze jest wrogiem dobrego. Nikt nas oczywiście do lubienia nowej muzyki nie zmusza, ale chyba musimy po prostu dać artystom wykonywać robotę po swojemu. Fajna muzyka chyba jeszcze nie umarła. Chyba.